Beethoven i pozytywka. Transmisje internetowe z Sali Czajkowskiego

Lukas Geniušas to jeden z najciekawszych i najważniejszych pianistów młodego pokolenia. Wydając od razu taką opinię, opieram się na informacjach o jego kolejnych sukcesach w konkursach Chopina, Czajkowskiego, prestiżowej nagrodzie Deutscher Pianopreis oraz bogatym terminarzu koncertowym, w którym znaleźć można zarówno program z muzyką koncertową i recitalową (także podwójne recitale), jak i kameralną. Pianista jest też absolwentem Konserwatorium Moskiewskiego, którego studentów od razu można poznać po doskonałym przygotowaniu pod względem tekstu, wielkim zaangażowaniu w muzykę i jej głębokim zrozumieniu.

Denis Vlasenko to z kolei trzydziestopięcioletni reprezentant najlepszych szkół dyrygenckich, który współpracował między innymi ze Svetlanovem, Temirkanovem, Rozhdestvenskim, Fedoseevem, Spivakovem czy Bashmetem. Od 2005 roku pracuje z orkiestrą Novaya Rossiya. Vlasenko, Geniušas i Novaya Rossiya spotkali się na deskach sceny moskiewskiej Sali Czajkowskiego, w której w październiku wykonali wspólnie Koncert fortepianowy Beethovena nr 4. 

Jeśli chodzi o solistę, słyszałam już ów koncert w jego wykonaniu na  żywo – i to w trakcie maratonu w Genui w 2013 roku, gdzie uwielbiający muzyczne wyzwania Lukas Geniušas grał wszystkie 5 koncertów Beethovena – jednego dnia i z różnymi orkiestrami. Poradził sobie świetnie, choć kolejne odsłony tego przedsięwzięcia zakładały wykonanie koncertów w ciągu dwóch dni. W Sali Czajkowskiego, z której koncert oglądałam i którego słuchałam dzięki streamingowi, pojawił się po dwóch latach i jako laureat drugiego miejsca w Konkursie Czajkowskiego. Beethovena gra chętnie i często, umieszczając jedną z jego sonat na wydanej rok temu płycie.

O samym koncercie mówić można wiele, ale co naprawdę warto o nim wiedzieć? Jak zwraca uwagę Haraschin, przeciwstawione zostają tu partie solowe i tutti orkiestry, “jak gdyby były osobą i chórem”. I faktycznie, wyraźne jest wrażenie dialogu między jasnym, niekiedy z naciskiem “mówiącym” fortepianem a lekko posępną, nawet trochę naburmuszoną, śmiertelnie poważną orkiestrą. Co ciekawe, jak pisze Haraschin, określano koncert “skowronkowym” – dzięki trelowym, świergotliwym frazom w wysokich tonach. Dodałabym do tego, że słuchając koncertu po raz pierwszy, ma się silne wrażenie, że spora część partii fortepianu jest improwizowana, mało powtarzalna, a przy tym melodyka utworu jest trochę kanciasta, za mało płynna jak na koncert romantyczny. Część druga posiada za to wielki, dramatyczny ładunek emocjonalny, a trzecia jest żywa i bardzo zintegrowana pod względem współpracy orkiestry i fortepianu*. A z czystej pozycji słuchacza, koncert jest po prostu piękny. Bardzo intensywny i interesujący pod względem faktury, różnicowania dynamiki i artykulacji, trochę surowy w brzmieniu, wymagający nieustannej uwagi. Ale dość gadania, bo oto wchodzą na scenę, na której znajduje się już orkiestra – dyrygent, we fraku, i pianista, w garniturze i ciemnej koszuli, charakterystycznie leciutko pochylony.

Koncert zaczyna się spokojnie, łatwym do zapamiętania i przedstawionym przez fortepian tematem, podchwyconym przez orkiestrę. Pierwsza część jest raczej poważna. Fortepian jest tu dźwięczny, rozjaśniający przysadzistą melodykę części. Lukas Geniušas gra pewnie, pieczołowicie, uważnie i z absolutnym skupieniem, wsłuchaniem w orkiestrę. “Improwizowaną” linię fortepianu prowadzi wyraziście,  instrument nie niknie pod płaszczyzną orkiestry ani na chwilę. Muzyk stanowczo i z charakterem rozkłada akcenty w frazach, oddając dramatyzm i niepokój kolejnych partii. Rytm jest bez zarzutu, równiutki, bez względu na tempo i zagęszczenie nut (w tym mnóstwa przednutek i ozdobników) na takt. Wysokie partie są należycie jasne, pełne światła. W pasażowych partiach Geniušas rozpościera dźwięk, nadaje mu płynności i mocy. Partia solo fortepianowego pod koniec I części, niemal natarczywa, gorączkowa,  brzmi trochę jakby była grana na organach – to dobrze, zawsze mam wrażenie, że Beethovenowi jakby brakowało jeszcze dźwięku, jakby chciał uzyskać maksimum możliwości instrumentu. I wreszcie punktowana potrójnymi, zanikającymi z czasem, akordami partia, poruszająca i soczysta, doskonała jako ścieżka filmowa. I triumfalne tutti na koniec, po którym obeznana moskiewska publiczność zaczęła klaskać. Klaskano zapewne ze względu na charakter końcówki, która faktycznie mogłaby stanowić zakończenie całego utworu, jak dotąd, wykonywanego przecież ze swadą i charakterem.

Drugą część rozpoczyna groźny temat orkiestrowy, równoważony przez łagodny, dobroduszny fortepian, który jakby odpowiada orkiestrze, starając się ów temat załagodzić. Pianista ma tu pole do popisu jeśli chodzi o stopniowane dynamiki. Radzi sobie z tym bez trudu, pokazując precyzyjne piano (czasami niezwykle miękkie, i to nawet w wyższych partiach!), potem wyważone różnice głośności między lewa a prawą ręką, wreszcie stopniując ją prawie z taktu na takt. Na uwagę zasługuje tu zdecydowanie, ale jednocześnie łagodność, z jaką pianista dialoguje z orkiestrą. Pełna życia, pospieszna trzecia część jest najbardziej melodyjną partią koncertu. Prawdziwie żwawa, pod palcami Geniušasa i batutą chryzmatycznego Vlasenki nawet skoczna, taneczna, rącza.

Pianista nie potrafi po prostu siąść i zagrać, zwłaszcza takiej partii. I choć krytycy i znawcy mówią, że cała ta praca ciałem nie jest niezbędna, dla mnie ukazuje stosunek do muzyki. Mowa ciała zdradza przecież wiele. Są pianiści, którzy emanują dumą z siebie i samozachwytem. A są i tacy, którzy traktują muzykę jak partnera i kroczą z nią równo, kiedy trzeba pilnie prowadząc, a znó kiedy indziej dając jej swobodę i przestrzeń. Do tych drugich należy Geniušas. W trakcie tego koncertu można zresztą zauważyć kilka jego charakterystycznych gestów, jak choćby zawieszenie dźwięku na jednym palcu, który ugina się jakby pianista chciał rozprostować staw. Są i ciasno trzymane dłonie dla większej kontroli czasu i siły nacisku w partiach, kiedy ręce są przekładane. I delikatne stawianie palców w partiach łagodnych, jakby klawisze były powleczone miękką tkaniną. Z sympatią obserwuje się też drobny gest lewą ręką, którym jakby dyryguje prawą i finałowe raptowne zerwanie dłoni z klawiatury. Postawa pianisty jest też charakterystyczna – rzadko odchyla się od klawiatury, jest blisko niej, niekiedy w przyczajeniu i wielkim napięciu. Z drugiej strony potrafi nadać muzyce powietrza, światła, przestrzeni, co słychać w świergotliwych partiach, nasuwających na myśl pozytywkę połyskującą w słońcu albo szklaną zabawkę, w której załamuje się światło. I ta mnogość barw jest bardzo ważna w trzeciej części koncertu, gdzie wielokrotnie pojawia się główny temat, początkowo utrzymany w stałym kształcie, zawsze z inną dynamiką czy charakterem. Pianista, co ważne, całkowicie panuje nad tym migotliwym tematem – nawet wtedy, kiedy motyw rozpływa się w kolejne frazy lub urywa już po kilku nutach, nadając temu pośpiechowi żartobliwy wyraz. Stopniowo i z entuzjazmem podnosi napięcie kolejnych części.

Koncertu trzeba słuchać uważnie, jest bardzo dobry do śledzenia melodii przekazywanej między instrumentem solowym a orkiestrą, czasami nawet tylko po fragmencie. Najjaśniejsza, wesoła trzecia część opiera się na wdzięcznym motywie, i świetnie zbalansowanej proporcji orkiestry i fortepianu. Jedna z partii samych klawiszy brzmi przez chwilę nawet jakby dzwonkami czy po prostu odległym dźwiękiem dzwonów. A cała część toczy się wartko i wdzięcznie, nawet wzniośle.

Koncert w takim wykonaniu zasługuje na duże uznanie. Orkiestra, pod żelazną, uważną batutą i z całkowicie oddanym muzyce solistą zaprezentowała jeden z najciekawszych utworów Beethovena w sposób przystępny nawet dla nowicjusza w świecie klasyki. Lukas Geniušas na pewno mógłby zagrać jeszcze lepiej. Wydawał się niekiedy wyjątkowo skupiony, może też lekko stremowany na początku – potrafi grać ze znacznie większą swobodą i pogodą. Ale z oddaniem przekazał wszystkie niuanse kolejnych powtórek, motywów, przekształceń, nie zapominając o barwie dźwięku i współbrzmieniu fortepianu i orkiestry, a co najważniejsze, o nadrzędnym celu koncertu – ukazaniu złożoności, głębi i nieprzemijającego piękna samej muzyki.

 

* W akapicie tym korzystam z uwag z: S. Haraschin, Koncerty fortepianowe Beethovena, Kraków 1964. Polecam całość.

Screenshoty pochodzą ze strony meloman.ru.

Link do koncertu: http://meloman.ru/concert/zvezdy-xxi-veka-03102015/#webcast

Leave a Reply

Fill in your details below or click an icon to log in:

WordPress.com Logo

You are commenting using your WordPress.com account. Log Out /  Change )

Google photo

You are commenting using your Google account. Log Out /  Change )

Twitter picture

You are commenting using your Twitter account. Log Out /  Change )

Facebook photo

You are commenting using your Facebook account. Log Out /  Change )

Connecting to %s