Fajni artyści. 5. Chamber Music Festival zakończony – z fasonem!

Popołudnie, średnio upalne, ale wyraźnie letnie. Centrum świętego Jana, Gdańsk. Miły półmrok, z wysokich okien został tylko nieodsłonięty fragment, w którym potem widać będzie zapadający zmierzch. Wewnątrz Centrum leciuteńki chłód. Scena podświetlona na niebiesko i ciepło żółto. Widownia pełna. Na scenie kontrabas i wiolonczela Larsa Danielssona i fortepian dla Leszka Możdżera. Duet zagrał w ramach ubiegłoniedzielnego koncertu zamykającego 5. Euro Chamber Music Festival – cyklu wydarzeń, który odkryłam na tyle niedawno, że zdążyłam tylko na finał. Ale bardzo się cieszę, że uszczknęłam z festiwalu choć tyle. Zwłaszcza, że ze swego miejsca nie tylko wszystko świetnie słyszałam, ale jeszcze widziałam doskonale szwedzkiego kontrabasistę i ręce pianisty. W razie czego mogłam też zerknąć na telebim, który dla publiczności z naw był bardzo pomocny.

A co sama usłyszałam i zobaczyłam? Świetny, zróżnicowany program w wykonaniu dwóch muzyków światowej klasy – wyraźnie się lubiących i czujących się na scenie tak swobodnie, jak w studiu czy w swych domach. Możdżer co prawda grał w garniturze, ale boso,co sprawiło, że atmosfera wydawała się jeszcze bardziej nieformalna. I choć publiczność koncertową przywitał szef Nadbałtyckiego Centrum Kultury, Lawrence Ugwu, to Leszek Możdżer prowadził koncert. Mówił jak to on – zza fortepianu i mało – ale dowcipnie i treściwie, przedstawiając instrument, jakim jest wiolonczela, z poważną miną twierdząc, że w trakcie koncertu wykonają szwedzki hymn i przyznając, że w jego przypadku ściągnięcie go na koncert w Gdańsku nie było trudne, bo przecież niedaleko mieszka. Ale kiedy się żegnał, to już na poważnie i absolutnie profesjonalnie – nie odrywając jednej z rąk od klawiatury. Po koncercie zaś cierpliwie podpisywał płyty i pozował do zdjęć, zamieniając z prawie każdym choć kilka słów. Danielsson zresztą również bez większego proszenia przyszedł do publiczności i sprawiał wrażenie uradowanego z tak entuzjastycznego przyjęcia. Zresztą do stolika po podpis to jedno, ale do sceny na której znalazł się ten wyjątkowy duet publiczność lgnęła – chyłkiem przemieszczając się na ledwie kilka pustych miejsc w pierwszej części koncertu by lepiej słyszeć i widzieć, stając pod filarami – byle trochę bliżej. I sądząc po minach choćby tylko moich sąsiadów, chyba wszyscy czuli się całkowicie swobodnie, tak, jakby koncert odbywał się w ich własnym salonie.

Muzyka tego wyjątkowego duetu oczarowała mnie kolejny raz. Cudownie jest chwytać fragmenty krótkich, znanych, ale zawsze trochę inaczej aranżowanych utworów, niektórych żywych, ruchliwych, żwawych i intensywnych, innych nastrojowych, o brzmieniu, które nie wiadomo co pogłębia bardziej – kontrabas czy zmieniony fortepian. Minimalistycznych, pozornie bardzo prostych, ale o emocjonalne treści uchwytnej dla każdego. W dodatku Leszek Możdżer ma ze sobą zawsze “rekwizyty” – łańcuch czy łańcuszek, coś drewnianego, szmatkę czy ręcznik, szklankę (choć tym razem jej nie było) – tym razem używał ich wyjątkowo często, manipulował też dźwiękiem za pomocą wolnej akurat ręki, zmieniając fortepian w twór brzmieniowo multiinstrumentalny. Danielsson z kolei stosował przestery, używał różnych smyczków, grał z wykorzystaniem różnych technik – czy to smyczkiem, czy pizzicato, czy traktując wiolonczelę niemal jak gitarę – i często uświadamiając mi skąd biorą się niektóre efekty, słyszalne na płycie.

Muzycy grali gęsto, bardzo szybko przechodząc z jednego utworu w drugi, ale absolutnie się nie spiesząc. Jeśli pojawiła się gorączkowość to chyba jako objaw radości ze wspólnego grania. Kolejne utwory układały się w naturalny ciąg, choć chwilami miało się wrażenie, że o doborze utworów muzycy decydowali spontanicznie. Wykonali głównie materiał ze wspólnej płyty “Pasodoble” – kompozycje takie jak “Prayer”, “Fellow”, “Follow My Backlight” czy piękną szwedzką pieśń “Eja Mitt Hjart” (“Open My Heart”). Sięgnęli też po motywy z “The Time” czy “Between Us And The Light”. Dzięki temu, że utwory były zwykle skontrastowane pod względem tempa, dynamiki czy nastroju, pierwszy raz zwróciłam uwagę jak dobrze Danielsson i Możdżer operują pauzą i ciszą wewnątrz utworów, jak długo pozwalają dźwiękom wybrzmiewać, jak harmonijnie przebiegają wszystkie utwory. Muzycy grali bez charakterystycznego scenicznego skupienia, często wyczuwalnego w trakcie recitali – zachowywali się jakby i oni byli u siebie, jakby dla siebie grali i jakby obecność słuchaczy nic nie zmieniała i czerpali z tego dużą radość.  Można było się poczuć tak, jakby szło się ulicą i nagle usłyszało jak ktoś niewidoczny gra w mieszkaniu w mijanej właśnie kamienicy, z przekonaniem, że nikt go nie słyszy – czy jakby to była próba. Nic zobowiązującego – granie szczere, bezpretensjonalne, proste, z czuwaniem nad dopasowaniem się do siebie nawzajem, całkowicie naturalnie. Na koncercie Fisza czułam się jak na koncercie przyjaciela, atmosfera była aż intymna, lekko mnie onieśmielała, więc ów nieformalny klimat mnie nie zaskoczył. Ale tutaj? Czułam się jakbym była u siebie, w wygodnych, domowych ciuchach, nad ulubioną herbatą, w ukochanym fotelu. Nigdy wcześniej w trakcie koncertu nie doświadczyłam takiej psychicznej wygody.

13615260_558261297697842_198742997522350725_n

Galeria z koncertu autorstwa Pawła Jaremczuka (jaremczuk.pl), z której pochodzi zdjęcie  do obejrzenia TUTAJ

Leszek Możdżer w jednym z żartów gratulował organizatorom Chamber Music, że mogą zapraszać takich fajnych artystów. A ja gratuluję im całkowicie na poważnie – w trakcie niedzielnego koncertu – przede wszystkim ze względu na muzyków, a częściowo też dzięki wyjątkowemu, przyjaznemu wnętrzu – czułam się jak u siebie – i jakbym przyjmowała przyjaciół, którym akurat zachciało się pograć. Pograć dla siebie, a jednocześnie dla każdego słuchacza z osobna – i dla ogólnej przyjemności.

W nagrodę dla muzyków były owacje na stojąco. W nagrodę dla publiczności – dwa bisy z wdzięcznym przebojem “The Girl from Ipanema” włącznie. Koncert wyjątkowy, zaskakujący, do smakowania i celebrowania w duchu. I do jak najdłuższego przechowywania w pamięci. 

WP_20160710_23_01_06_Pro

 Fot. Słuchaj Fortepianu

Leave a Reply

Fill in your details below or click an icon to log in:

WordPress.com Logo

You are commenting using your WordPress.com account. Log Out /  Change )

Google photo

You are commenting using your Google account. Log Out /  Change )

Twitter picture

You are commenting using your Twitter account. Log Out /  Change )

Facebook photo

You are commenting using your Facebook account. Log Out /  Change )

Connecting to %s