Tradycja, szanty i furiackie smyczki. I dzień Dźwięków Północy

Opłacało się brnąć przez ulewę i siedzieć w gdańskim Centrum św. Jana przez 3 godziny, będąc w stanie podmokłym. Pierwszy koncertowy wieczór 33. Dźwięków Północy był fantastyczny. Raz, że bardzo dobrze przygotowany – bilety, ankiety, akredytacje, kierowanie do odpowiednich części widowni, oświetlenie, nagłośnienie i przygotowanie sceny oraz zmiany instrumentarium. Klimat – swojski i przyjazny, nawet jak dla kogoś, kto na Dźwiękach był po raz pierwszy (nie, żebym pokazywała paluchem). No a muzyka to już całkowite przegięcie!

Najpierw Kapela Maliszów. Charakterny, może trochę zasadniczy, lekko dyscyplinujący, a na scenie pilnujący basu Jan Malisz. Po jego prawicy odziana w biel czy też krem, zjawiskowa córka, Zuzanna, wybijająca każdą ręką inny rytm, a niekiedy jeszcze do tego śpiewająca. Po lewej – fenomenalny młody skrzypek Kacper, syn Jana i brat Zuzanny. I autor sporej części wykonanych wczoraj kompozycji.

6tag_140716-191103

Fot. wciąż jeszcze telefonem – Słuchaj Fortepianu

Repertuar – wyważony. Trochę szaleństwa – rosnące w tempo, coraz ostrzej cięte mazurki czy polki. Chodzony, furtok – dla tych, co wolą w duchu tańczyć.”Oj, chmielu, chmielu”, “Zawiśloczek” czy“Zielona lipka” dla tych, co chcą posłuchać nie tylko instrumentów, ale też głosu ludzkiego. I “Chodzony od Józefa”, czyli grany na zniszczonych przez końskie kopyto, a naprawionych przez Jana skrzypcach dziada Zuzanny i Kacpra.

Koncert był piękny – i interesujący. Ciekawe były i miniwypowiedzi Jana, możliwość obserwowania jak czuwa on nad wszystkim tym, co dzieje się na scenie. Niejednokrotnie zaskakujące były emocje i odczucia, jakie wywołuje muzyka Maliszów – od zadowolenia, radości, chęci potańczenia jak się umie, byle skocznie przez lekką melancholię i wzruszenie prostotą tekstu czy motywu aż do wrażenia, że słucha się muzyki pradawnej, przedwiecznej. Do tego niekiedy przewrotne teksty i – wisienka na torcie – popisowe improwizacje Kacpra. Piękna gra świateł i scenicznych dymów i mgieł. I całość bardzo satysfakcjonująca i nasycająca widownię świetną fuzją muzyki tradycyjnej i nowej, “z głowy”.

Basco, kwartet szwedzko-duński, nadzwyczaj przystojny (częściowo żonaty) kwartet, zupełnie zmienił klimat. Wyrwał publiczność ze świata ech przeszłości i nieuchwytnych tęsknot i wiejskich zabaw i przeniósł ją na otwarte morze. Poza kilkoma szantami zespół wykonał między innymi łagodny utwór, który lider grupy, Hal Parfitt-Murray, napisał dla swojej trzyletniej córki Fiony. Muzycy przywołali też znaną w kilku rejonach świata legendę o losach dwóch sióstr, zakochanych w tym samym mężczyźnie. Śpiewano solo i w kwartecie… i udawanie pirata, które rozbroiło wszystkich. Akordeon zamieniano na puzon, altówkę na skrzypce, skrzypce na mandolinę – i uzupełniano cytrą. Puzonem robiono wiatr i szum fal.

13697096_559351680922137_8101243722242595764_n

Fot. i pełna relacja: jaremczuk.pl

A wszystko to przede wszystkim skocznie i z wielkim poczuciem humoru oraz dystansem do siebie. Muzycy wydają się być ludźmi pogodnymi, żywiołowymi, nie stroniącymi od ironii w zdrowych dawkach – i chłonni na folklor nie tylko Skandynawii, ale też Szkocji czy… Chin. Pewne jest to, że świetnie grają, dobrze śpiewają i mają spore szanse na to, aby przy kolejnej wizycie w Polsce porozumiewać się po polsku całymi zdaniami i odpowiednim akcentem.

Ale to, co wyprawiali Vołosi, przechodzi ludzkie pojęcie. Wpadli na scenę. To jest, weszli, ale od razu z jakimś mocnym postanowieniem w oczach – każdy jeden. A potem rzucili się,  r z u c i l i  w muzykę. Naprawdę nie wiem jak mogłabym ująć inaczej to, co wyprawiali. Uzbrojeni w instrumenty smyczkowe, raczej klasyczne niż tradycyjne, brawurowo i w oszałamiającym tempie wykonali taki set, że mury Jana musiały potrzaskiwać i lekko się wybrzuszać pod naporem kontrabasowych i wiolonczelowych dołów.Wibracja bywała tak potężna, że cegły zdawały się lekko ruszać. Furia i szał, ale okiełznane muzyką, o takiej mocy, że naprawdę bardzo trudno było usiedzieć na miejscu – lecz gdyby się zerwać i tańczyć, w mig brakłoby tchu, a i zawał niewykluczony. Kiedy weszli na scenę, sprawnie, lecz grzecznie, ubrani w garnitury i eleganckie koszule, nie sądziłam, że prawie zmiotą mnie z fotela. Tylko to spojrzenie specyficzne. W dodatku – diabelcy! – prawie wcale nie robili przerw między utworami, odzywając się tylko raz. Grali bez ceregieli, ale pięknie, soczyście, wykorzystując każdy instrument maksymalnie, zarówno pod względem melodyki, jak i rytmiki… A właściwie odkrywając niesłyszane przeze mnie dotychczas rejestry i sposoby puknięć w pudła rezonansowe czy struny.

Zapamiętali w muzyce, zapiekli w niej, gnali przez kolejne kompozycje przeskakując od tanga do melodii, które wydają się ogólnoznanymi melodiami ludowymi. Cięli utwory precyzyjnie, szatkowali kompozycje na nieoczekiwanie kończące się części, przechodząc nagle w coś, czego nie powstydziliby się kompozytorzy minimalistycznej muzyki filmowej czy najlepsi elektronicy. I nawet nie pozwalali się wyklaskać! A do tego poruszali się szeroko i giętko, absolutnie swobodnie – oczywiście na tyle, na ile pozwalały im nie wypuszczane z rąk (przez niektórych ani na chwilę) instrumenty – czy smyczki, z których v(o)łosie rwało się gęsto i niemal sypały się iskry. Medal za wytrzymałość i kondycję.

WP_20160714_22_11_52_Pro

Vołosi, tu akurat wyjątkowo spokojni. Fot. Słuchaj Fortepianu

Uroku wieczorowi dodało to, że pierwszy raz wybrałam się na festiwal “na czysto”, bez głębszego sprawdzania co też muzycy wykonają, według jakiego klucza ułożono kolejność ich koncertów, jak oni sami mogliby uszeregować swoje utwory. Zerknęłam w biografie, przelotnie na zdjęcia – i założyłam, że NCK by mnie nie oszukało i nie zrobiło niczego słabego. I to doświadczanie muzyki z minimalnym do niej przygotowaniem  było chyba najlepszym co mogłam zrobić, wybierając się na ten festiwal. No, może poza zabraniem ze sobą siostry (która wyszła z koncertów równie zachwycona). Przywrócono mnie folkowi i wyrwano z fortepianowego transu, w którym trwam od kilku lat. A w niemal nieograniczonym dostępie do muzyki klawiszowej, i to na żywo, i przy całkowitym braku klawiszy w takcie pierwszego koncertowego dnia Dźwięków – jest to nie lada wyczyn.

Leave a Reply

Fill in your details below or click an icon to log in:

WordPress.com Logo

You are commenting using your WordPress.com account. Log Out /  Change )

Google photo

You are commenting using your Google account. Log Out /  Change )

Twitter picture

You are commenting using your Twitter account. Log Out /  Change )

Facebook photo

You are commenting using your Facebook account. Log Out /  Change )

Connecting to %s