Słowo na niedzielę. O Father O Satan… o, publiczności!…

Kiedy koleżanka z pracy (poważna instytucja kultury) dowiedziała się, że idę na koncert Behemotha, obruszyła się i żartobliwie rozczarowała. Ale kiedy w kilku słowach wyjaśniłam jej dlaczego tak wielkie wrażenie robi na mnie muzyka pierwszego Szatana kraju oraz jego pobratymców, chyba troszkę zwątpiła i pozwoliła przesłać sobie linki do choć kilku utworów.

Prawdą bowiem jest, że choć bardzo klasykę kocham, nic nie wyzwala we mnie takiej energii jak dobry Behemothowy set. Dlatego właśnie w  niedzielę 9.10. (zbieg okoliczności, choć katolicki miniprotest z transparentami się zameldował pod klubem),
w doborowym towarzystwie najlepszego przyjaciela i chwilę przed 19:00 zakolejkowałam się pod B90. Z niecierpliwością grzebałam kopytkiem w ziemi – spodziewałam się prawdziwego szału przed sceną i na scenie – Behemoth grał przecież u siebie,
w “rodzinnym” mieście. A poza tym była to moja pierwsza wizyta w tymże klubie, ulokowanym w postoczniowych budynkach; surowym, stylowym, o prostej bryle
i zadziwiająco niedużej scenie.

Zaskoczyła mnie miło już spora frekwencja na pierwszym supporcie, polskiej grupie Batushka. Zawsze ceniłam sobie Nergalowski dobór supportu, więc słuchałam czujnie – i na świeżo, bez sprawdzania zespołu przed koncertem. Przyznaję, że w większości powolne, dostojne tempo, ciężkie, mocne uderzenie długo wybrzmiewających gitar, dobijane perkusją, zrobiły na mnie spore wrażenie. Chóry cerkiewne to coś, czego mogę słuchać i w oryginalnej, i stylizowanej formie, a Batushka kolejne utwory opiera na skalach i tekstach liturgii prawosławnej. Imponujący jest niski wiodący wokal i czyste brzmienie małego chóru. Pod względem atmosfery muzyka grupy jest gęsta, mocna, transowa. Do tego melodie jasne, ale proste, zwarta, bardzo ładnie prowadzona harmonia i klimat nieuchronności i czegoś odwiecznego, przenikającego. A trochę kaplicznie-pośmiertnego. Nie poruszyły mnie natomiast okołoliturgiczne szaty i profesjonalny ołtarzyk na scenie, choć doceniam spójną koncepcję wizerunkową. Ale już zapach i widok świec i kadziła, spowolnione jak w upiornym śnie ruchy odprawiającego ceremonię wokalisty miały klimat.

Po Batuszce wpinać się zaczęła połowa stylowego, szwajcarskiego duetu Bölzer – wokalista Okoi Jones. To już była zupełnie inna muzyczna bajka – chrupiąca, dźwięcząca wyraźną perkusją, niekiedy naprawdę wysoko brzmiąca, buntownicza, chrapliwa, churkocząca i agresywna… ale z bardzo ładną linią wokalu, nieważne czy był to ryczący, wulkaniczny growl, odwieczne pokrzykiwanie i zawodzenie pogańskich kapłanów czy mocny krzyk. Warto posłuchać Bölzera, zespół gra naprawdę ciekawie – każda z kompozycji jest wieloelementowa, precyzyjnie utkana; wszystkie drobne powtórzenia i wszystkie zwroty są dobrze odmierzone, a ekspresja muzyków naturalna. Nie używają właściwie rekwizytów, nie mają czasu na spektakl – ale i zupełnie tego nie potrzebują. I zdecydowanie wygrali mój prywatny konkurs na stronę internetową w tym roku (http://www.bolzer.ch/) 😉

I wreszcie na scenę wpełzły kobry, spłynęły moje ukochane rozkrzyczane feniksy, a w tle błysnęła Unholy Trinity. I w chwilowym mroku rozpoczął się niepokojący, uderzający jak sztorm “Blow Your Trumpet Gabriel”. Muzycy wpadli na scenę jak furie,  jak sprężone do skoku zwierzęta, pełne mocy i sił witalnych. I co tu kryć – był to widok budzący u mnie od razu głęboką radość i niepohamowaną fascynację. Behemoth, przez swoje świetne stroje, przez pełen potęgi i gniewu wizerunek na scenie, przez dopracowany spektakl, jaki muzycy prowadzą, przez szeroką gestykulację i maksimum zaangażowania – jest zniewalający. Dosadne, w B90 często bardziej melorecytowane niż ryczane teksty, wpajające ogromny dystans do świata, ulotnych wartości, do tematów tabu, do sacrum, pełne niezachwianej wiary w moc człowieka, w jego siłę sprawczą, nieskończony potencjał, niezależny od przekonań  – brzmiały fantastycznie. Nawet początkujący kulturoznawca zachwyci się pewnie sposobem przemieszania mitów, symboli, elementów różnych systemów religijnych i… prozy Gombrowicza. Soczysta, niesamowicie dynamiczna, bezwzględna muzyka, w tym urzekające solówki (takie, jak choćby w “Messe Noire”) prawie zmiotły klub (choć nagłośnienie było bez zarzutu, doskonale zbalansowane). I do tego ciekawe podejście do wykonywanego materiału, rzadko spotykane – Behemoth, poza wyborem “staroci”, zagrał ostatnią płytę w całości. Nergal nie mówił wiele. Ograniczył się właściwie do uroczej refleksji na temat pozycji, z jakiej podchodzimy do życia i do obfitych podziękowań. Bardzo mocno motywował też publiczność do krzyku na całego gardło, od pięt. I groźnymi minami oraz zamaszystymi gestami czarował jak zawsze.

Cudownie słuchało się wszystkich kompozycji “The Satanist” na żywo; zachowanie oryginalnego układu utworów z płyty pozwoliło też docenić ich zmienny nastrój, w tym dopracowane finały, takie jak w “The Satanist”, piękną perkusję i osadzenie dźwięku w “Ben Sahar” – kontrastujące z dzikością “In the Absence ov Light” – nagle przyhamowanym do krótkiej, esencjonalnej frazy z prostą melodią. I na finał podsumowujący, dojrzały, chóralny, apostroficzny i manifestacyjny “O Father! O Satan!
O Sun!”, znów z misterną, nostalgiczną gitarą na finał oraz pięknym basem na początek.
A wszystko szybko, sprawnie, niemal bez przerw, zwarte i mocne.

Ale to nie był koniec, na szczęście! Uroczy kwartet dołożył jeszcze kilka utworów na pociechę, w tym m.in. “Conquer All” czy “Slaves Shall Serve” i ”Chant for Ezkaton” już na finał. A po finale… koncert się skończył. I to wywołało u mnie niemałe zdziwienie. B90 był pełny! Publiczność nie szalała tak jak myślałam, pogo było umiarkowane, ale entuzjazm wyczuwalny – a tymczasem nie starczyło go na to, aby wyklaskać bis!… Właściwie nikt się nawet nie starał tego zrobić. Strasznie mi przykro, liczyłam bardzo na “Niebogę-Czarnego Xsiędza”, może na “Lucifera”… zresztą na cokolwiek, na jeszcze trochę magii i mocy… Jasne, wiem, że koncert odbywał się w komfortowych warunkach i na spokojnie, inaczej niż w 2014 w Toruniu, w atmosferze dość ostrych protestów, pod którymi UMK się jednak nie ugiął – i pomimo choroby Nergala. Behemoth zagrał wtedy na 204645 procent. Od Nowa płonęła, obie strony były maksymalnie zaangażowane w koncert… Ale na litość szatanów,
w domu powinno być jeszcze lepiej! Doprawdy wstyd mi za współsłuchaczy. Muzycy naprawdę zasłużyli na większe uznanie i jestem pewna, że przy odpowiednio długim domaganiu się, zagraliby jeszcze z jeden utwór. Publiczność złamała mi serce. Skleja je tylko wspomnienie spontanicznego, pełnego szczerego zadowolenia uśmiechu Nergala, który wymknął mu się spod kaptura pod koniec drugiej części setu.

Ale koncert uważam za świetny. Wyszarpałam się, napatrzyłam, napromieniowałam tą niezwykłą energią, nakrzyczałam od przepony…i nabawiłam posykiwania kiedy za mocno przechylam głowę. Jestem też pod wrażeniem klubu, w którego specyficznym wnętrzu chciałabym sprawdzić przynajmniej kilku muzyków, reprezentujących różne gatunki,
w tym w ramach koncertów “Stoczniuj, leżakuj, dokuj”. Ale co najważniejsze, kolejny raz się przekonałam, że Behemoth to naprawdę świetna marka i że ludzie, którzy go tworzą, nie odpuszczają, są w świetnej formie, myślą i o muzyce, i o oprawie (nawet piekielne konfetti miało urok) – a kolejne płyty – zwłaszcza gdy słuchane na żywo i w całości, pod względem muzycznym są coraz coraz ciekawsze – nawet dla stałego bywalca filharmonii.

PS. Za użyczenie zdjęcia bardzo dziękuję Oskarowi Szramce (Oskar Szramka Photography). A za korektę Terencjuszowi.

Leave a Reply

Fill in your details below or click an icon to log in:

WordPress.com Logo

You are commenting using your WordPress.com account. Log Out /  Change )

Google photo

You are commenting using your Google account. Log Out /  Change )

Twitter picture

You are commenting using your Twitter account. Log Out /  Change )

Facebook photo

You are commenting using your Facebook account. Log Out /  Change )

Connecting to %s