“Ja tak dudnię ładnie-fajnie…”

Nie ma sensu dalej udawać, że o tym nie wiem – mamy jesień. Właściwie zimę. Szybko zapadający zmrok. Wichry i uporczywe mżawki. Mgły. Trudniejsze wstawanie, szybsze chodzenie spać.  I pomimo nawet najspokojniej spędzonego tygodnia jesienią w piątek jesteśmy trochę bardziej zdygani.. a wtedy perspektywa przebywania dwie-trzy godziny w miejscu, gdzie jest ciepło, gdzie można się wyciągnąć leżak w leżak z kimś bliskim i posłuchać dobrej muzyki to mistrzostwo świata, cudowny relaks i wielka przyjemność. Taką właśnie perspektywę roztacza przed nami cykl koncertów “Stoczniuj, leżakuj, dokuj” odbywający się w gdańskim klubie B90, w ramach którego kilka dni temu odbył się koncert Lecha Janerki.

Stoczniowanie, poza tym, że daje szansę na wysłuchanie świetnych muzyków (od Janerki przez Jacaszka czy Tomka Lipińskiego po Julię Pietruchę!) i obserwowanie jak grają na niestandardowo niskiej, ustawionej w  środku a nie na końcu klubu scenie, charakteryzuje nieformalny klimat. Koncert Janerki był pierwszym moim wydarzeniem tego typu, ale od razu urzekła mnie ta specyficzna, swojska,  niemal domowo-fotelowa atmosfera i jakby łagodniejsze niż zwykle w klubach muzycznych światło. W dodatku ze względu na praktyczne rozstawienie leżaków można sobie wybrać lewe lub prawe skrzydło albo siedzieć niemal twarzą w twarz z artystami.

jaremczuk-pawel-5408

By: Paweł Jaremczuk (jaremczuk.pl)

Lech Janerka rozpoczął koncert “Zerem zer” – dla mnie zawsze bardzo osobistym, nawet intymnym utworem, pełnym przestrzeni i odsłaniającym delikatną, poetycką, kruchą stronę istoty ludzkiej. Nie wiem czy to wygoda leżakowa czy piątkowe sentymenty, ale rozczulił mnie od razu tą swoją cudnie abstrakcyjną wyobraźnią i wyczuciem romantyzmu – i zniewalająco chłodnym, startym, matowym głosem… Uderzyło mnie też od razu, od pierwszych utworów, jak bliscy sobie i jak zgrani są wszyscy towarzyszący mu muzycy – choć kiedy patrzy się z boku, zdaje się, że Janerka gra i śpiewa osobno, bez względu na resztę. A potem było tylko lepiej. Program koncertu wypełnił bardzo udany miks starego z nowym, który cieszył chyba w równym stopniu publiczność, jak i sprawiał frajdę muzykom. Najpierw był Klaus Mitffoch, potem sporo “Historii podwodnej”, zawiało trochę “Piosenkami” (niektóre miały zgubną treść…) w takt “Niewalczyka,” ciepłym wiatrem z “Paragwaju”. “Epidemia epilepsji” trwała tylko chwilę – i “Jezu, jak się cieszę!” – pieniądze na chwilę straciły sens i znów było jak w niebie. Potem się jeszcze okazało, że Lola wciąż chce zmieniać świat – ale przecież ta zabawa nie jest dla dziewczynek… W końcu doszło do jesiennych kurtuazyjnych rozmów o pogodzie –  muzycy ubolewali, że wieje, ale jednocześnie że wiedzą skąd się wzięły te wszystkie szmery w niebie. Chwilę później podstawowe potrzeby życiowe zdominowały muzyczną konwersację – i w efekcie tak artyści, jak i  publiczność stwierdzili zgodnie, że bez kolacji nie chcą spać. Ale pomimo tego głośnego protestu nikt nikomu nie zatykał trąby, nawet gdy reakcje z lewego skrzydła widowni stały się dość żywiołowe i wyraziste (choć w miarę upływu – czasu oczywiście – lekko niewyraźne). W końcu pozostało tylko wsiąść na rower (taki w różowy jazz) i wracać do domu. Słowem – było jak w niebie.

jaremczuk-pawel-5426

By: Paweł Jaremczuk (jaremczuk.pl)

Lech Janerka (czy, jak twierdzili niektórzy, Pan Lech) nie robi cudów w ciapki na scenie. Stoi i właściwie, jak sam powiedział “dudni ładnie-fajnie” na basie. Pięknych dołów i poskrzypywań muzyce dodaje wiolonczela – tym razem elektryczna – wyglądająca naprawdę egzotycznie w surowym wnętrzu klubu. Grała na niej spokojna, ponoszona przez muzykę, skupiona Bożena Janerka – co, poza cieszeniem ucha, pokrzepiło na pewno tych, którzy wątpią w możliwość artystycznej współpracy z najbliższą osobą.

jaremczuk-pawel-5469

By: Paweł Jaremczuk (jaremczuk.pl)

A wszyscy  muzycy sprawiali wrażenie, jakby grali trochę sobie a muzom, od niechcenia, w małej, przyjaznej, oswojonej przestrzeni. Publiczność mogła się poczuć jak na koncercie kogoś znajomego, z kim zresztą zgadza się w wielu sprawach i z kim niejedną flaszkę wypiła do wtóru dyskusji nad sprawami najostateczniejszymi. Bardzo miłym elementem dopełniającym koncert były witrażowe wizualizacje.Soczyste kolory, ładne, mozaikowe plamy w ciekawym układzie, wirujące na filarach i suficie, przesuwające się po twarzach muzyków – i świetnie dobrane standardowe światła, zalewające scenę.

jaremczuk-pawel-5361

By: Paweł Jaremczuk (jaremczuk.pl)

Do tego wszystkiego lapidarne, ale ciepłe w wyrazie komentarze Janerki, który chyba czuł wyraźnie sympatię zgromadzonych w B90 słuchaczy, takie jak: “Nie gramy żadnych agresywnych utworów. Wszystkie wolne i przestrzenne”.

Skrytykować mogę tylko dwie rzeczy, nie związane bezpośrednio z koncertem: łażenie wokół sceny po kolejne piwa czy po cóż tam zamiast siedzenia i słuchania oraz…cóż,  znów tę zastanawiającą karność i porządek, które sprawiły, że natychmiastowe owacje na stojąco (będące przecież wyrazem bardzo dużego uznania) zamilkły i rozpłynęły się w przestrzeni klubu; natychmiast po pożegnaniu się artysty z publicznością zamilkły – zanim jeszczemuzycy dobrze zeszli ze sceny. I uprzejme wtrącenie Lecha Janerki pod koniec koncertu (“Nie chcę psuć nastroju, ale jesteśmy przy trzecim bisie…”) nie ma tu nic do rzeczy.

Poza tym całe wydarzenie było świetne. Może nie do końca do przesiedzenia na leżaku – w niektórych momentach aż się chciało podskakiwać, podrygiwać żwawo, potańczyć, pobujać, ale na leżaku to trochę trudno… Jednak zmiana perspektywy na półleżacą sprawia, że koncertu się słucha i ogląda się go bardzo przyjemnie. Możliwość obserwowania sceny z boku  jest świetną okazją ku temu by przyjrzeć się na przykład perkusiście który zwykle jest schowany w kącie. Daje to też szansę na porozkoszować się niebieskim światłem, modyfikującym ciekawie rysy muzyków… no i śledzić ukradkiem starania fotografów, którzy próbują upolować moment, w którym twarz Janerki ocieniona kaszkietem, będzie wreszcie doświetlona.

Szczerze więc polecam stoczniowanie w B90 – ze względu na wyjątkowy klimat samego koncertu, na to trochę specjalne nastawienie muzyków, na wygodne miejsca siedzące. Janerka zaś – to klasa sama w sobie. Dalej zaklina rzeczywistość, która HA! i od kilku miesięcy znów jest jakby trudniejsza do zniesienia – i gromadzi wokół siebie wytrawnych muzyków. Tak czy inaczej, trzeba na dokowy koncert wybrać się choć raz – najlepiej w szczególnie miłym towarzystwie, ale i aby nacieszyć oko, ucho, zaspokoić pragnienie oraz odciążyć kręgosłup 🙂 I z ulgą poczuć, jak przez chwilę czas nas omija.

jaremczuk-pawel-5414

By: Paweł Jaremczuk (jaremczuk.pl)

PS. Za korektę dzięki dla Terencjusza.

Galeria z koncertu dostępna tutaj:

 

Leave a Reply

Fill in your details below or click an icon to log in:

WordPress.com Logo

You are commenting using your WordPress.com account. Log Out /  Change )

Google photo

You are commenting using your Google account. Log Out /  Change )

Twitter picture

You are commenting using your Twitter account. Log Out /  Change )

Facebook photo

You are commenting using your Facebook account. Log Out /  Change )

Connecting to %s