Zmysłowe przestrzenie. Blindead w B90

Przykro mi, ale do muzyki coraz częściej podchodzę użytkowo. Nie mam czasu na muzykę słabą, mam swoje lata i nie chce mi się już sprawdzać czego warto unikać. Mam swoją intuicję i jakąś wiedzę, staram się spędzać trochę czasu w salach innych niż filharmonijna sala koncertowa. I uważam, że – cytując za znajomym skrzypkiem – “Muzyka ma cieszyć, a nie wkurwiać”. Ale “cieszyć” może na różne sposoby – choćby porywając i zostawiając w stanie rozedrgania emocjonalnego albo napawając zadowoleniem, bo jest po prostu piękna… Miło jest też, gdy muzyka pierwotnie mało zrozumiała nagle układa się w głowie pod wpływem sumiennego słuchania albo doskonałej interpretacji – a już największa radość jest wtedy, gdy obmywa z trudu całego tygodnia jak ciepła kąpiel, gdy oczyszcza ducha i ma w sobie taką przestrzeń, że spowalnia na chwilę szybką codzienność. Po koncercie Blindeadu spodziewałam się tego ostatniego, choć z toruńskiego koncertu sprzed pięciu lat pamiętam, że muzyka grupy była hipnotyczna, ale raczej smutna, ciężka, osadzająca się na wszystkim wokół; ciemna w brzmieniu i gniewna.  Oklejała mnie jednak tak, jak lubię, niemal fizycznie przywierała do skóry. Ale też i przelewała się leniwie, kłębiła jak aromatyczne, mocne opary.Tymczasem było trochę inaczej.

Zamiast ciężaru czy chociaż pewnego brudu charakterystycznego dla koncertów, z mroku sceny wyłonił się utwór “Hearts” – przepiękna damska jasna wokaliza otwiera zachwycającą przestrzeń dźwięku, której wciąż przybywa.  Wokal pnie się na leciutko pulsującym tle, wzmacnianym rytualną, plemienną perkusją, a potem pojawia się dyskretny zew (w głowie mam sceny z “Wikingów”, pojawiają się natychmiast), który przełamie pogodną, durową tonację. Kolejny zew, jak bojowy róg,  skrzyp gitary i wzmagająca się, gęstniejąca perkusja… wszystko się przeplata, płynie rytmicznie, choć nie szybko, aż przez połowę utworu –  do chwili, kiedy z prostą, narracyjną partią wchodzi gitara, a za nią w muzykę wpływa zniewalający, rozszczepiony na kilka głosów, opadający łagodnie wokal w kilku rejestrach. Całość rozpływa się w prostej melodii gitar, przestrzennej jakby była grana na stłumionych dzwonkach albo na czeleście – i wszystko łagodnie się wycisza, zawieszone na pojedynczym dźwięku. Zachwycająco budowane napięcie.Znam już ten utwór, ale usłyszany na żywo zrobił na mnie jeszcze większe wrażenie – i wiem, że na długi czas zostanie jeden z najbardziej nastrojowych i misternie splecionych utworów jakie słyszałam. “Hearts” jest zresztą idealne na rozpoczęcie koncertu – także dlatego, że pokazuje w jakim punkcie myślenia o muzyce jest teraz Blindead. A przy okazji jak bardzo to, co zespół gra wymyka się gatunkowym klasyfikacjom; jak trudno jest znaleźć zespół, do którego Blindead mogliby porównać ci, co twierdzą, że w muzyce już wszystko było. A przy tym utwór jest zwyczajnie piękny. Doskonale wymierzony, wyważony, przetrzymany, przełamany. Muzycy prezentują tu zaskakujące wyczucie dramaturgii i frazowania. Różnice głośności poszczególnych warstw z fragmentu na fragment są świetnie dobrane. Utwór jest niesamowicie emocjonujący i poruszający.

Choć w czasie koncertu Blindead oczywiście nie zagrał całej nowej płyty, na przestrzeni kilku utworów słychać wyraźnie całe to kompozycyjne dopracowanie, i że materiał jest spójny, choć muzycy wykorzystują cały arsenał środków, instrumentów i efektów. W “Ascend”, drugim singlu,  też usłyszymy elektryzujące, gitarowe ślizgi i plimkający motyw. Tu początek jest jednak łagodniejszy, bardziej…hm, elektro. Leciutko dysonansowy, zwykle nie za głośny wokal Piotra wchodzi w muzykę miękko, naturalnie, jak kolejny instrument czy sampel. W nowym materiale jest też i wyraźna gitara, soczyste riffy, sporo melodii, dużo klawiszy w różnej postaci, a nawet niespodzianki w postaci… tamburynu. Lecz pomimo tych wszystkich przyjemnych, efektownych zmian Blindead sprawia, że słuchałam całych partii z zamkniętymi oczami i prawie bez ruchu, pozwalając się muzyce opływać. To, co najważniejsze – nasycenie dźwięku, mocny, wyraźny rytm, hipnotyczny czy oniryczny nastrój kompozycji i przede wszystkim zmysłowość ich muzyki – nie zniknęły. W czasie gdańskiego koncertu łatwo było to zresztą porównać – w drugiej części setu sięgnęli też po parę starszych utworów. Nastrojowo układ też był w porządku – coś mocnego, coś dzikiego, potem łagodne i delikatnie, trochę tajemniczo, chwilowe zawieszenie na długo, długo brzmiących dźwiękach – i znów ciężkie brzmienie, powolne, masywne, jakby przedwieczne, archaiczne.

Wspaniale obserwowało się też emocje na twarzach muzyków i poddawało atmosferze kolejnych utworów i części – bo to, że kompozycje Blindeadu są bardzo złożone, na szczęście się nie zmienia. Świetnie słucha się też Piotra Piezy (którego pamiętam jeszcze sprzed kilku lat jako wokalistę zespołu Stone Creek), który śpiewać naprawdę potrafi; pięknie operuje głosem i jego dynamiką.Obejmuje też sporą skalę i bardzo dobrze sobie radzi z różnicami głośności. A na scenie jest bardzo dynamiczny i skupiony.

jaremczuk-pawel-6028

Fot. Paweł Jaremczuk (jaremczuk.pl)

I nie piszę o tym dlatego, że śpiewa z Blindeadem od niedawna, więc wypada – ale dlatego, że jako jeden z niewielu “cięższych” wokalistów potrafi wejść w muzykę bez szumu, bez przyciągania uwagi; wnika w nią całkowicie naturalnie i ze świetnym poczuciem rytmu, jakby głos był kolejnym instrumentem. Żal mi tylko, że w pierwszych trzech utworach wokal trochę uciekł, choć nie wiem czy muzyka zjadła trema czy to kwestie techniczne związane z nagłośnieniem.

Nie można też zapomnieć, że koncert to nie tylko fonia, ale i wizja – a Blinded z dużą przyjemnością się obserwuje. Choć muzycy nie mają na sobie żadnych kostiumów ani ani scenografii, można wiele dłużej niż półtorej godziny patrzeć jak po prostu grają, jak wykorzystują instrumenty, jak budują kolejne utwory – gdzie działa przester i jaki, a gdzie czysty instrument, gdzie zostaje cisza, a gdzie powstaje duecik, która gitara zastępuje którą – jak muzycy grają kolano w kolano albo czoło w czoło – naprawdę trochę jak w czasie jakiegoś braterskiego rytuału. I jak chłopcy współdziałają, jak się pilnują, jak sprawdzają co się dzieje u reszty – i wreszcie z jaką frajdą dają się ponieść muzyce.

jaremczuk-pawel-5953

Fot. Paweł Jaremczuk (jaremczuk.pl)

Koncert był bardzo dobry. Dopracowany, dograny, sensownie ułożony, dobrze oświetlony (co miało bardzo duży wpływ na atmosferę), esencjonalny. Nie naszalałam się ale wykołysałam, wyfalowałam, wybujałam… Zdarzyło się jakieś małe machanie głową, ale w większości było to delektowanie się i przyjemne nurzanie w muzyce  brzmiącej daleko poza murami B90. Doskonałe zwieńczenie spokojnej soboty. Chcę więcej.

 

PS. Za korektę tradycyjnie dzięki dla Terencjusza.

Leave a Reply

Fill in your details below or click an icon to log in:

WordPress.com Logo

You are commenting using your WordPress.com account. Log Out /  Change )

Google photo

You are commenting using your Google account. Log Out /  Change )

Twitter picture

You are commenting using your Twitter account. Log Out /  Change )

Facebook photo

You are commenting using your Facebook account. Log Out /  Change )

Connecting to %s