Jeden Jaskułke wiosnę czyni

W studiu Radia Gdańsk wysłuchałam wczoraj koncertu z cyklu “Metropolia Jest Okey”, w czasie którego przez półtorej godziny na pianinie grał sopocki pianista Sławek Jaskułke. Na scenie było minimalistycznie – konieczny sprzęt do nagrywania, pulpit z nutami, poprzypinanymi metalowymi łapkami do papieru – no i Sławek: skromna sportowa marynarka, okularki, smukłe ręce o długich palcach i gestykulacji klasycznego pianisty. Przed sceną za to istot ludzkich w obfitości – siedzących na krzesłach, na podłodze, stojących pod ścianami. W parach, w trójkach, pojedynczo – z oczami otwartymi – i z zamkniętymi dla lepszego słuchania. Bo faktycznie muzyka tego wyjątkowego pianisty nie wymaga wiele obrazu. Może jakiejś ciepłej barwy przebijającej przez powieki, powstałej na przykład z połączenia żółtego, czerwonego, fioletu i zielonego – mieszanki, którą oświetleniowcy wybrali na koncert.

pwel_jaremczuk_slawek-jaskulke2

Fot. Paweł Jaremczuk, jaremczuk.pl

Co do sceny, nie było z niej słychać za wiele słów. Tylko kilkanaście zwięzłych, żartobliwych i pouczających zdań z uroczą, rodzinną anegdotą po głównej części. A w programie najpierw utwory z płyty “Senne”. Potem utwory z płyty “Sea”, która należy do takich rozsyłanych po bliskich i mówi się, żeby słuchali na spokojnie, bez robienia czegokolwiek innego w tym samym czasie. A w ramach finału – dwa bisy, w tym autorska “Ballada”, nawiązująca do elementów stylu Krzysztofa Komedy, skomponowana w związku z zaproszeniem, jakie muzyk otrzymał od łódzkiej Letniej Akademii Jazzu. W tej ostatniej części koncertu Jaskułke trochę się rozruszał – dosłownie, fizycznie, i muzyczne – to, co grał, bardzo odbiegało od wcześniej prezentowanego materiału. Struktura zmienna, kontrasty dynamiczne i nastrojowe zmiany tempa, klimatu i znacznie więcej dźwięczności czy bogactwa kolorystycznego.

Czy było fajnie? Oesu! Było. Sławek Jaskułke nie był zbyt żywiołowy ani rozemocjonowany. Kiedy gra, staje się skoncentrowanym, uważnym muzykiem, o postawie laboranta-eksperymentatora – bardzo uważnie i precyzyjnie odmierzającym kolejne powtórzenia małych fragmentów i fraz. Poza tym wśród publiczności było dość cicho, a jak sam powiedział w wywiadzie przy okazji wydania „Sea”’:  „[Cisza] jest bardzo krępująca, bo zmusza mnie do wewnętrznej dyscypliny. Jak jest absolutna cisza i słychać każdy ruch, to trzeba się pilnować”.*

pawel-jaremczuk-slawek-jaskulke4

Fot. Paweł Jaremczuk, jaremczuk.pl

Nie zasuwa po całej klawiaturze wtę i wewte, co oczywiście słychać na płycie, ale dopiero na żywo wiadomo na pewno, że porusza się w obrębie części oktaw, w „lewych”, niższych rejestrach – a do „prawych” lubi robić wycieczki, krzyżując ręce. Muzyk operuje niewielkimi skalami, niewieloma klawiszami na raz – ale za to wykorzystuje ich potencjał i możliwości rytmu, jakie wybiera – w maksymalnym stopniu i w doskonałym czasie. Wydaje się docierać do dna klawiszy, do samego końca swojego charakterystycznego brzmienia. Mówiąc zupełnie szczerze – nie wiem co muzyk robi ze swoim trochę zdezelowanym pianinem (Billberg), jak bardzo je przestraja (czy umiejętnie rozstraja), ale uzyskuje zachwycająco ciepłą barwę, przytłumiony, łagodny, krótki ton. Jego muzyka z “Sennego” i “Sea” nie jest prawie wcale dźwięczna – przeciwnie: sucha jak dobrze wysuszone drewno, matowa; bardzo jednolicie rozkłada się w przestrzeni – a wspiera ją dobrze dobrana pedalizacja. Trochę tak, jakby rozlewało się raz za razem morze – tylko całe z piasku, nie z wody. Nie ma tu żadnych kantów, ostrości, wszystko toczy się płynnie i naturalnie. Czyli materiał z płyt i z live pokrywa się w dużej mierze, co bardzo cenię. Muzyk nie wciska kitu, nie poprawia nie wiadomo czego, nie naciąga. I co urocze – nie brakło w czasie koncertu nawet charakterystycznych skrzypnięć, słyszalnych na płytach, tyle, że zamiast od pianina czy taboretu, brały się z trzasków krzeseł czy butów o podłogę gdy słuchający, bardziej pod wpływem muzyki niż niewygody, układali się na miejscach swobodniej. Dla człowieka, który jest przyzwyczajony do czystego, pełnego barw brzmienia Steinwayów, jest to całkiem nowe doświadczenie. Usłyszeć taki mat! I słuchać muzyki tak niewielkiej, kameralnej, płynącej bez pośpiechu – w umiarkowanych tempach i z użyciem wyrazistych, ale nie kontrastujących pauz. Słuchać muzyki bez najmniejszego rumoru – brzmiącej piano, mezzo piano i tylko czasem trochę głośniej, tak do mezzo forte.

Kto nie znał utworów, wykonanych w czasie koncertu, dwóch pięknych solowych albumów pianisty, zapewne dołączył po nim do grona fanów muzyka. Zaskakujący materiał i zapadające w pamięć czyste, błękitne spojrzenie znad klawiatury musiały zrobić swoje. Zaskakujący – bo po tym energicznym, żywiołowym człowieku raczej bym się nie spodziewała takiej delikatności, eteryczności (choć wyraźnie męskiej, nie kobiecej) i przyjaznej głębi, wymywającej  z głowy wiele nagle nieważnych spraw. Muzyka pianisty jest też zadziwiająco dobra – w takim sensie, w jakim mówimy o człowieku, że jest dobry. Nie ma w niej pretensji, żalu, fumów, rozdzierania serca, przejmującego smutku – których wrażenie na fortepianie łatwo można osiągnąć. Sławek Jaskułke operuje zupełnie innymi nastrojami muzycznymi, przepiękną harmonią, w której, jeśli się mocno skupić, doszuka się człowiek przetłumaczonej z pokolenia na pokolenie pianistów szlachetności Bacha. Świetnie się i słucha tego spokoju, i jednocześnie obserwuje pianistę, na pozór nieruchomego, ale kołyszącego się leciutko, może nawet nieświadomie? – do rytmu (dopiero przy Komedzie poruszał się wyraźnie cały).

Nie dawał się zresztą z niego wybić i koncert zagrał jako całość, komunikując się z publicznością niemal wyłącznie za pośrednictwem muzyki. Prawie nie przerywał gry, na oklaski po kolejnych utworach kiwając tylko dziękczynnie głową i posyłając w publiczność krótki uśmiech. A w tej samej chwili jedną ręką zaczynał kolejną część, a drugą przewracał strony nut. Nut spisanych zresztą odręcznie (i tylko to powstrzymało mnie przed dołączeniem ich do setlisty).

Koncertowi sprzyjały proste kolory, komponujące się z brązem pianina i jasnymi ścianami, oraz brak wizualizacji. Sprzyjało proste, miłe wprowadzenie Kamila Wicika. I, przez większość koncertu, bardzo porządne zachowanie publiczności*. I małomówność pianisty. Wewnętrzna logika i spójność wybranego materiału. A do tego wrażenie, które miałam od momentu wejścia do studia – że ludzie, którzy przyszli na koncert nie są tu, bo Jaskułke modny, bo trzeba się pokazać, ale żeby posłuchać muzyki, być jak najbliżej niej, chłonąć to, co tworzy się… hm, na naszych uszach.

slawek-jaskulke-pawel-jaremczuk

Fot. Paweł Jaremczuk, jaremczuk.pl

Myślę, że dla wszystkich w radiu i przy radiach to był jeden z niezapominalnych koncertów, co to się o nich mówi, że był “magiczny”. Sama mogę jedynie powiedzieć, że koncert ten nie dość, że był piękny i bardzo stabilizujący wewnętrznie, to tchnął świeżością, ciepłem,  i czystością aż do rześkiego, elektryzującego końca; od pierwszego “Sennego” po żywiołową końcówkę, na którą muzyk właściwie wbiegł na scenę. Był jak pierwszy, duży deszcz, który zmywa z całego zimowego brudu i zmęczenia świat. I nas zmywa. Skutecznie. Czyli jedna jaskółka wiosny nie czyni, ale już jeden Jaskułke tak.

Pełna galeria Pawła Jaremczuka: 

https://www.facebook.com/jaremczuk.pic/posts/650971335093504

Korekta i pierwsze czytanie (dzięki!): Teresa Maciejewska

————–

* http://natemat.pl/135055,slawek-jaskulke-chalturzenie-to-wcale-nie-taka-prosta-sprawa-moze-byc-porazajace-w-skutkach

**Drzwi się raczej zamyka za sobą, gdy się wchodzi do sali, w której jeszcze grają… A i telefon naprawdę można wyłączyć na pół godziny, skoro się idzie na koncert transmitowany na żywo i nagrywany…

 

Leave a Reply

Fill in your details below or click an icon to log in:

WordPress.com Logo

You are commenting using your WordPress.com account. Log Out /  Change )

Google photo

You are commenting using your Google account. Log Out /  Change )

Twitter picture

You are commenting using your Twitter account. Log Out /  Change )

Facebook photo

You are commenting using your Facebook account. Log Out /  Change )

Connecting to %s