Młodość i klasyka

Nieczęsto się zdarza aby w  trakcie jednego wydarzenia usłyszeć dwa koncerty fortepianowe dwóch kompozytorów i w wykonaniu dwojga pianistów. Kto jednak wybrał się na wczorajszy koncert Elbląskiej Orkiestry Kameralnej, mógł wysłuchać Koncertu fortepianowego C-dur Mozarta (co ciekawe, nr 13, a nie popularny nr 21) w wykonaniu Anny Tsybulevej oraz I Koncertu fortepianowego Beethovena w interpretacji Szymona Nehringa. Orkiestrę i solistów poprowadził młody, niezwykle dynamiczny dyrygent, Jakub Chrenowicz.

jaremczuk pawel-9448

Fot. Paweł Jaremczuk (jaremczuk.pl)

Jednak przed koncertami, zgodnie z porządkiem koncertowym, zabrzmiał fantastyczny, efektowym Tryptyk Aleksandra Tansmana na orkiestrę smyczkową.Od pierwszych chwil obecności elbląskiej Orkiestry na sali, uderzyły mnie młodość i entuzjazm, bijące ze sceny. Muzycy tego zespołu to w głównej mierze  absolwenci Akademii Muzycznej w Gdańsku (wydaje się, że większość świeżo upieczona). Jako orkiestra koncertują od 10 lat – i naprawdę chce im się grać. Rzuca się to w oczy i uszy od razu, przez chwilę obserwując współpracę zespołu z dyrygentem, widząc jak bardzo muzycy są zgrani i uważni, słysząc jak żartują i jak dobrze są przygotowani. Słucham zwykle nieco starszych stażem orkiestr, w których skład wchodzą muzycy – z większym doświadczeniem starsi wiekiem, może z bogatszym repertuarem – ale entuzjazmu i profesjonalnego podejścia do muzyki naprawdę mogliby się od Elbląga uczyć. A poza tym, pomimo faktu, że elbląscy kameraliści grali w sali z profesjonalnymi sceną i widownią, są tak swobodni i kontaktowi, że właściwie nie tworzą dystansu między ludźmi na scenie i przed nią. W opanowanej przez nich sali (o bardzo dobrym nagłośnieniu) atmosfera jest zapraszająca i przyjazna. Dotychczas się nie spotkałam z taką otwartością. I ci właśnie młodzi muzycy zagrali Tansmana  świetnie. Pod stanowczym, ale logicznym przywództwem Jakuba Chrenowicza Tryptyk brzmiał soczyście, toczył się jasno, emanując wyrazistym, ostrym (w jak najlepszym sensie) brzmieniem. Allegro risoluto muzycy wykonali bez pośpiechu, ale w raźnym tempie. Było zwarte i zwrotne, z bardzo dobrą linią basu i śpiewnym finałem. Łagodne, trochę tęskne Andante zostało utrzymane w jasnej kolorystyce, z wielkim wyczuciem melodii i starannie budowaną strukturą dynamiczną i nastrojową. Finał za to – przetoczył się prędko, żywy i pełen energii, nasuwający na myśl intensywność i ogień Piazzolli. A we fragmentach spokojnych – był przyjemnie powłóczysty, rozpościerający się coraz szerszą, miękką falą. Orkiestra już tu pokazała, że wydobywa ze swych instrumentów piękne brzmienie, operuje bardzo bogatą kolorystyką – i myślę, że te barwy i staranność słyszy nawet ten, kto nie słucha wiele muzyki klasycznej.

Po Tansmanie przyszedł czas na klasykę – za wyprowadzoną z brzegu sceny Yamahą zasiadła do Mozarta Anna Tsybuleva. Durowe koncerty tego muzycznego geniusza zwykle wydają się łatwe – ot, takie dworskie, niezobowiązujące, rozrywkowe kawałki. Jednak nie każdy potrafi ukazać niefrasobliwość, beztroskę i melodyjność muzyki Wolfiego  wsposób tak promienny i dźwięczny jak owa rosyjska pianistka. Od pierwszych taktów koncert sprawiał jej dużą przyjemność, chyba w równym stopniu możliwość grania go – i słuchania. Niemal cały czas uśmiechnięta (uśmiechy często wymieniała między sobą także orkiestra), płynęła spokojnie przez wszystkie części, nadając wszelkim trylom zaskakująco trafny charakter ptasiego śpiewu, ukazując wdzięk i radość kompozycji, a także odsłaniając charakter koncertu o potencjale świetnego “obudzacza” wiosny, choćby w sercach słuchaczy. Co ważne, poprowadziła jak piękną narrację wyciszony motyw w II części. W interpretacji Anny Tsybulevej jest dużo spokoju, ale i witalności, oraz świetne wyczucie proporcji i harmonii. Koncert wydaje się sam układać pod palcami pianistki jakby był napisany właśnie dla niej.

jaremczuk pawel-9461

jaremczuk pawel-9466

Fot. Paweł Jaremczuk (jaremczuk.pl)

Co do orkiestry, grającej koncerty w powiększonym składzie, w odrobinę poważniejszych frazach, tak jak pod koniec III części, poruszała się niezwykle płynnie, a pizzicato brzmiało znakomicie – tykająco i miękko. Jakub Chrenowicz świetnie poprowadził też ostatnie takty koncertu, nadając im formę zamykającą. Utwór bowiem kończy się spokojnie, ale niespodziewanie, tak, jakby Amadeuszowi znudziło się dalsze komponowanie, więc uznał, że wystarczy, że koncert ma w sobie wszystko co powinien – i odszedł do innych zajęć.

Pogodny nastrój panował w sali także po przerwie. I Koncert fortepianowy Beethovena (choć chronologicznie II) również należy do dzieł raczej radosnych. Oparty został – jak grany wcześniej Mozartowski – o tonację C-dur, choć często, jak to u chmurnego Ludwiga bywa, łamaną fragmentami mollowymi. Utwór rozpoczyna elegancki, dość długi temat orkiestry – w wykonaniu elbląskich kameralistów ze starannie zharmonizowanymi smyczkami i instrumentami dętymi, był solidny, gęsty, nieco podniosły. Szymon Nehring dołączył do orkiestry, grając świeżo, młodo i dziarsko, ale ze zrozumieniem klasycznego charakteru kompozycji. Z elastycznością zmieniał barwę przy przenikaniu się durów
z mollami,  dbając o wszelkie “ciemniejsze” fragmenty. W II część grał spokojnie i lekko, nie przeliryzowując.

jaremczuk pawel-9550

jaremczuk pawel-9561

Fot. Paweł Jaremczuk (jaremczuk.pl)

Tu znów wyrazy uznania dla dyrygenta, utrzymującego bardzo dobry balans między orkiestrą i fortepianem, rzadko doświadcza się takiej równowagi pod względem głośności! na to wszystko finał – skoczny, taneczny, ożywczy. Pianista wygrywał wszystkie dźwięki, drobno i starannie, z fantazją. Rytm nigdzie go nie ponosił, nawet w II melodii ostatniej części, która brzmi jak motyw z niemej komedii czy kreskówki. Doskonale oddał też charakter “pozytywkowych” ostatnich taktów finału, wydobywając z fortepianu dźwięk niemal dzwonków, kurantów czy czelesty.

Koncert miło mnie zaskoczył bardzo wysokim poziomem muzycznym, energią, bijąca od wszystkich wykonawców i dobrze dobranym programem, dającym równe możliwości prezentacji i Orkiestrze, i solistom. Dużą frajdą było zresztą wysłuchanie jednego wieczoru ulubieńca publiczności XVII Konkursu Chopinowskiego i zwycięzcy bydgoskiego Arthur Rubinstein in memoriam oraz zwyciężczyni Międzynarodowego Konkursu Pianistycznego w Leeds, będącej także absolwentką Konserwatorium Moskiewskiego i  finalistką Międzynarodowego Konkursu Pianistycznego w Hamamatsu.

Nie obyło się i bez niespodzianek – bisów, i to aż 4! Szymon Nehring, zamiast zaserwować dość oczywistą dawkę Chopina, zagrał dwie kompozycje Scarlattiego. Brawa za nieoczekiwany wybór.* Fryderyka zagrała za to Anna Tsybuleva, choć spodziewałam się raczej Bacha lub czegoś rosyjskiego… co trochę się zgadzało. Drugim, faktycznie rosyjskim, bisem było Scherzo op. 12 Prokofiewa, którym olśniła publiczność. Wykonała go brawurowo, dając się pochłonąć w całości muzycznemu żywiołowi. Muszę więc przyznać, że przy całej ostrożności wobec muzyki nowszej niż bardzo początkowo XX-wieczna, przy Scherzu obawy trochę przybladły.

Drugą niespodzianką było nieoczekiwane spotkanie przed koncertem – z, jak się okazało, miłośniczką muzyki klasycznej, która ostatecznie przybiegła na koncert jako nowa fanka ebląskiej Orkiestry. Mam wrażenie, po po takim debiucie wrócimy obie do Elbląga, i to całkiem niedługo.

Pełna galeria z koncertu na: jaremczuk.pl .

Korekta i pierwsze czytanie (dzięki!): Teresa Maciejewska

______________________________

*Scarlatti staje się jednak modny, wybierali go na bis i inni młodzi pianiści, których słuchałam w ciągu ostatniego półrocza – jednak nie dwukrotnie w czasie tego samego koncertu.

 

 

 

Leave a Reply

Fill in your details below or click an icon to log in:

WordPress.com Logo

You are commenting using your WordPress.com account. Log Out /  Change )

Google photo

You are commenting using your Google account. Log Out /  Change )

Twitter picture

You are commenting using your Twitter account. Log Out /  Change )

Facebook photo

You are commenting using your Facebook account. Log Out /  Change )

Connecting to %s