Zaklinanie na wszystkie struny

Piątkowy koncert w gdańskim Starym Maneżu zakończył tegoroczną wspólną trasę Cappelli Gedanensis i Nigela Kennedy’ego z jego świetnym bandem. Muzycy po raz pierwszy na jednej scenie stanęli rok temu w kwietniu, dając prawdziwy popis umiejętności technicznych, talentu, olśniewająco bogatej wyobraźni muzycznej  poczucia humoru, grając niemal przez trzy godziny (o czym pisałam tutaj).

Program tegorocznego koncertu, czy raczej muzycznego show, był nieco podobny – z tym większą ciekawością przemagałam więc senność po tygodniowych dojazdach półtorej godziny w jedną stronę do nowej pracy. Ale kiedy znalazłam się już bliżej Maneżu, dotarło do mnie, jak wielka frajda mnie czeka.

sluchaj.jpg

Fot. Słuchaj Fortepianu

Była frajda i, pomimo wielu podobieństw, spora niespodzianka. Skład osobowy na scenie prezentował się w większości jak rok temu (poza kilkoma nowymi muzykami Cappelli) –  podobnie jak frekwencja na widowni (jakże by inaczej!) – wypełnionej po brzegi. Dość widoczne miejsce na scenie zajął klawesyn – więc Czytelnicy chyba mnie nie zrugają za pisanie o koncercie smyczkowym ZNOWU :). Podobnie jak rok temu, zanim artyści zasiedli na swych miejscach, zza sceny dało się słyszeć motywacyjne okrzyki całej “drużyny”. Podobny był też program koncertu – “Vivaldi: The New Four Seasons” Nigela Kennedy’ego, kilka muzycznych dedykacji z ostatniej płyty brytyjskiego skrzypka “My World”, częściowo prezentowanych na koncertach, i oczywiście nieco dzikiego rocka oraz  co najmniej kilka typów jazzu.

W trakcie koncertu wszystko się właściwie zgadzało… ale w przeciwieństwie do zeszłorocznego oszołomienia i niedowierzania, w tym roku publiczności pewnie towarzyszył lekki niedosyt albo zaskoczenie. “Nowe Cztery pory roku” brzmiały zupełnie inaczej, znacznie spokojniej! Gdy trzeba – były oczywiście pełne energii, wykonane wirtuozowsko i z charakterem przez wszystkich muzyków. Jednak tym razem koncepcja materiału była inna – Vivaldi, oparty mocno na klasycznym oryginale, nie był przeplatany improwizacyjnymi miniaturami jak na płycie. Improwizacje rosły do rozmiarów osobnych utworów, tak, jakby zespół grał mniej więcej na zmianę dwa osobne materiały. Choć “wstawki” miały charakter bardzo współczesny, jazzujący, opierający się w dominującej mierze na bardzo swobodnej improwizacji, doskonale komponowały się z twórczością boskiego Antonia. I oryginały, i “dodatki” brzmiały wspaniale – soczyście, z nerwem, gdy trzeba godnie i tanecznie; gdzie indziej miały w sobie nieskrępowaną radość i pęd, których w niczyjej innej interpretacji w takim natężeniu nie słyszałam. Proszę wyobrazić sobie choćby swoistego berka między Nigelem a wiolonczelistką Beatą Urbanek-Kalinowską, która pod względem poziomu uwagi Brytyjczyka  i wpływu na kształt interpretacji kolejnych utworów, zdecydowanie grała… pierwsze skrzypce. Muzycy znajdowali się naprzeciwko siebie, czujnie śledząc każdy ruch przeciwnika z uśmiechami tak szelmowskimi jak u dzieciaków grających w łapki – i przez chwilę czaili się na siebie, próbując zmusić to drugie do “skuchy”, zagrania nie w porę.

pawel_jaremczuk_cappella_nigel

Fot. Paweł Jaremczuk, jaremczuk.pl

Jednak nie z nimi takie numery – oboje zaczynali i kończyć grać w tym samym momencie i z taką sama widowiskową dynamiką. Uwierzcie, spod smyczków w tej radosnej gonitwie niemal sypały się iskry! Świetnie wybrzmiewały też klawesyn – pod palcami Pawła Tomaszewskiego – i gitara Juliana Buschbergera. Zaangażowanie w Vivaldiego taki wielu różnych strun (plus perkusyjnych naciągów) nadało całemu cyklowi zachwycającej wielowymiarowości brzmienia, a eklektyzm “dodatków” – prawdziwie uniwersalnego charakteru.

Drugą część koncertu muzycy zaczęli od czterech dedykacji, poświęconych osobowościom świata muzycznego, które wywarły piętno na rozwoju artystycznym Nigela. Był to hołd i wyraz uznania, który wprowadził nieco spokojniejszy i swobodniejszy klimat. Tu wykonawcy pokazali, jak uwolnić z muzyki maksimum powietrza, jak operować instrumentami, kojarzonymi raczej z muzyką rozrywkową, a wreszcie jak inteligentnie i pomysłowo żonglować melodiami jazzowymi, bluesowymi, country czy rockowymi (jeśli mnie ucho nie myli, ze “Smoke on the Water” włącznie!). W tej części poza m.in. pięknymi dedykacjami dla Jarka Śmietany i Izaaka Sterna zabrzmiał wybuchowy, elektryczny (skrzypcowo, a na dodatek wiolonczelowo!) i elektryzujący Hendrix, a nawet trochę melodii ludowych, które z pewnością uradowały fanów muzyki irlandzkiej. Wiele uroku miała też dedykacja dla Stéphane’a Grapellego, częściowo grana przez Nigela w duecie z oboistą Jarosławem Wyrzykowskim, przyjemnie brzmiąca zgrabnymi, ciepłymi trelami. Do nieco innego świata już sam Nigel przeniósł publiczność dzięki ostatniemu bisowi (którego nie zdradzę, zostawiając ten słodki sekret słuchaczom piątkowego koncertu). Ów muzyczny finał okazał się też kluczowym momentem dla tych, co twierdzą, że Nigel najlepsze lata ma za sobą. Nic podobnego. W mgnieniu oka zmienił styl, uspokoił się i przekierował uwagę publiczności w zupełnie inne rejony muzyczne. Grał ze swym charakterystycznym zapamiętaniem, jak w transie, jakby nie mógł przestać, bo świat się rozpadnie – i jakby te poruszające, odbierające dech dźwięki były najważniejszą rzeczą we wszechświecie. Tak chyba było – bo gdy skończył, przez chwilkę jeszcze poważny i wracający z jakichś odległych krain w wyobraźni – poczułam, że chciałabym jeszcze słuchać tych świetnych, finezyjnych dźwięków, szybkich i prędkich, harmonijnych, granych z serca, z trzewi.

pawel_jaremczuk_sluchaj_fortepianu_nigle_kennedy

Fot. Paweł Jaremczuk, jaremczuk.pl

Cóż jeszcze ważnego można powiedzieć o koncercie? To, że w jego trakcie każdy, kto znajdował się na scenie i kto powinien, miał chwilę tylko dla siebie – nie tylko klawiszowiec i gitarzysta, ale też perkusista Adam Czerwiński i basista Tomasz Kupiec. Solówki o zmiennych tempach i dowcipnym charakterze zrównoważyły klasyczną część koncertu i dowiodły, że nawet wyraziste osobowości muzyczne potrafią współpracować. I że na scenie znajdują się artyści najwyższej klasy. Ich wyjątkowy muzyczny smak, doskonałe współdziałanie, zdyscyplinowanie sceniczne, niepowstrzymana radość i kiedy można – spontaniczność – sprawiły, że koncert nie nużył ani przez chwilę. Choć daleko było wykonawcom do zeszłorocznego szaleństwa, słuchało się ich z ogromną przyjemnością Cali emanowali muzyką, wprawiając w ruch stopy publiczności (kołysanie do wymachów), ręce (postukiwanie do rytmicznych doklaskiwań) oraz głowy (potakiwanie do wyraźnego machania). I wywołując na twarzach słuchaczy mniej lub bardziej świadome uśmiechy.

Jeszcz jedna rzecz się nie zmieniła. Z gdańskim zespołem, Nigelowym bandem i samym skrzypkiem znajdującymi się w tym samym pomieszczeniu, można się czuć jak u siebie. Choć muzycy Cappelli są ubrani elegancko, we fraki i makowe spódnice (tylko koncermistrzyni wiolonczel spowita była w czerń), reszta muzyków, poza Nigelem, ubrana jest na ciemno i  publiczność też przeważnie na wysoki połysk – w trakcie takiego koncertu można się poczuć naprawdę swobodnie. Granica między sceną a widownią znika, nie tylko dzięki angielsko-polskim wypowiedziom Nigela, jego żartom (także na swój i kolegów ze sceny temat), “niepoważnemu” strojowi skrzypka i uroczym flirtom z publicznością czy wykonawczyniami. Myślę, że po tak intensywnej trasie muzycy byli naprawdę zmęczeni – ale nie można zarzucić nic ich poziomowi zaangażowania i oddania, nawet jeśli komuś zdarzył się błąd. Ale wszystko to bez najmniejszego zadęcia i przy kontakcie wzrokowym z publicznością! Zdradzę więc, że wybrałam się drugi raz na podobny koncert w połowie ze względu na Nigela i jego kwartet, a w połowie na Cappellę – bo naprawdę rzadko widuję na scenie ludzi tak pełnych entuzjazmu i szczęśliwych z powodu tego, co robią.

pawel_jaremczuk_cappella_cala_nigel_sluchaj_fortepianu

Fot. Paweł Jaremczuk, jaremczuk.pl

Orkiestry nie istnieją bez publiczności, pełnokrwista muzyka nie brzmi bez świadków – Cappella i Nigel są doskonałym przykładem na to, że bez naturalności, bez czerpania prawdziwej frajdy z tego, co się robi i bez dzielenia się nią z publicznością nie ma porządnego koncertu. A gdy wszystko to się pojawia – można przełamać niejeden stereotyp. Patrząc nieco szerzej i myśląc o instytucjach muzycznych (Cappella przecież jest taką) –  dobrze podejmowane decyzje repertuarowe i zaangażowanie w to, co robi się każdego dnia, bez względu na to, czy ktoś od nas wymaga czy nie – mogą zaowocować przedsięwzięciami, wspominanym przez lata i przeciągającym na “poważną” stronę Mocy niejednego klasycznego ignoranta. Szczerości i radości ze swej pracy od Cappelli mogłaby się uczyć niejedna orkiestra. Nie uchwycił tego żaden z fotografów, ale ja to widziałam – muzycy po koncercie sobie gratulowali, ściskali się w mniejszych i większych podgrupach, razem wznosili toast, cieszyli się, wyrażali uznanie i dziękowali sobie nawzajem za dobrą robotę i fajną muzyczną przygodę. Taka więź w pracy artystycznej zdarza się rzadko i też zmienia podejście słuchaczy do muzyki nieco poważniejszej (jeśli maja okazję taki “zakulis” zobaczyć). Zachęcam więc do słuchania koncertów Cappelli – z Nigelem czy bez – i obserwowania ich do samego końca – to jeden z zespołów, który pokazuje najlepsze oblicze muzyki i ludzi, którzy pozwalają jej brzmieć, i sprawia, że świat staje się trochę lepszy. Szacuneczek.

I żółwik.

pawel_jaremczuk_cappella_gedanensis_sluchaj_fortepianu

Fot. Paweł Jaremczuk, jaremczuk.pl


Korekta i pierwsze czytanie: Teresa Maciejewska, tradycyjnie dzięks! Zdjęcia, poza pierwszym: Fot. Paweł Jaremczuk, jaremczuk.pl –  galeria z koncertu – zerkajcie: https://www.facebook.com/jaremczuk.pic/posts/685723234951647

Leave a Reply

Fill in your details below or click an icon to log in:

WordPress.com Logo

You are commenting using your WordPress.com account. Log Out /  Change )

Google photo

You are commenting using your Google account. Log Out /  Change )

Twitter picture

You are commenting using your Twitter account. Log Out /  Change )

Facebook photo

You are commenting using your Facebook account. Log Out /  Change )

Connecting to %s