Gdańsko-kanadyjski Chopin

Drugi recital gdańskiego koła Towarzystwa im. Fryderyka Chopina, którego w tym roku wysłuchałam, utwierdził mnie w przekonaniu, że to jedna z obowiązkowych w Trójmieście muzycznych imprez dla miłośników twórczości Fryderyka. I kolejna okazja do tego, aby wysłuchać nie tylko “obowiązkowego” Chopina, ale też Liszta, którego grał poprzednio Wojciech Waleczek (o czym pisałam tutaj). Mikołaj Warszyński, polsko-kanadyjski pod względem wykształcenia pianista, urodzony w Gdańsku, wybrał jednak zupełnie inny repertuar niz poprzednik. Zaczął od Liszta, prezentując jego cztery kompozycje.

warszynski_fot_witold_bianga2

Fot. Witold Bianga

Mikołaj Warszyński zaprezentował różne oblicza twórczości Liszta. Zaczął bardzo poważnie, od chorałowego w nastroju, dość masywnego, dosadnego, raczej smutnego “Pielgrzyma” z cyklu “Lata pielgrzymki” S.161. Słucha się go jak posępnej skargi, pełnej cierpienia, ale i pokory. Drugim utworem – etiudą koncertową, ostatnią z trzech Etiud koncertowych S.144 – pianista znacznie rozpogodził nastrój. Wykonał ją z dużym wyczuciem,  dość lekko, wyraźnie eksponując melodię i starając się zachować płynność szybkich przebiegów, kojarzących się odlegle z perlistym brzmieniem, charakterystycznym dla kompozycji Chopina (choćby w etiudzie nr 1 z op. 25). Solista zarysował też jasno chyba najbardziej znane oblicze muzyki Liszta – burzliwe, nagle piętrzące się dźwięki, porywiste i wymagające bardzo dużej biegłości technicznej, które na chwilę przerwały muzyczną sielankę i rzuciły cień na dalszą część kompozycji, już nigdy nie pozwalając jej zabrzmieć tak beztrosko i lekko. Ballada nr h-moll S.171 ujawniła z kolei zamiłowanie Mikołaja Warszyńskiego do dużych różnic dynamiki i umiarkowanych temp. Świetnie poprowadził mroczny, lodowaty temat utworu, z bardzo gęstą fakturą basową w lewej ręce, przechodzącą nagle w spokojne, chłodne akordy i pnącą się po klawiaturze przejrzystą melodią. Finał I części muzycznego wieczoru stanowiła soczysta, żywa, pełna barw, drżąca od zaklętego w nutach słońca Rapsodia węgierska nr 10. Była migotliwa w stylu Lisztowskiej La Campanelli, skoczna i taneczna, z dużym potencjałem szlagierowym – z powodzeniem mogłaby posłużyć jako melodia do piosenki Eugeniuszowi Bodo czy Mieczysławowi Foggowi. Doskonały wybór, podsycający apetyty na słuchanie dalszej części recitalu.

warszynski_fot_witold_bianga

Fot. Witold Bianga

Na program II części złożyły się cztery kompozycje Chopina, też reprezentujące różne gatunki. Dwa polonezy – na początek es-moll op. 26 nr 2, na koniec hit – As-dur op. 53. W środku – Scherzo h-moll i Nokturn cis-moll op 48 nr 1. Mikołaj Warszyński zinterpretował Fryderyka w bardzo wyrazisty sposób, grając go solennie, raczej wolno i ostrożnie manewrując tempem w kolejnych utworach. Forte pianisty jest bezkompromisowe i równomierne, a chciałby się usłyszeć wszystkie jego odcienie, tak przecież bogate u Fryderyka! Polonezy były bardzo podniosłe, rozłożyste. Kojarzyły mi się bardzo z częstym jeszcze przekonaniem (zwłaszcza u osób nie słuchających Chopina za często), że Chopin komponując, myślał przede wszystkim o ciemiężonej ojczyźnie, a jego utwory, zwłaszcza pisane już na emigracji, ociekają polskością i dumą narodową, bezbrzeżnym smutkiem i tęsknotą. Nie kwestionuję naturalnie polskości w Scherzu h-moll (jak tu się spierać z “Lulajże, Jezuniu”, którego fragment brzmi w utworze), jednak interpretacja pianisty okazała się dla mnie trochę za ciężka. Tak, jakby na chwilę zapomniał, że Chopin był kochającym życie, żywiołowym, złośliwym człowiekiem z krwi i kości – i oj, miał on przecież charakterek! Sama kolęda była też trochę za mało płynna i śpiewna, nie wprowadziła nastroju intymności i ciepła. I niestety trochę rzucały się w ucho niedociągnięcia techniczne. Jestem jednak pewna, że był to efekt tremy, a nie nieprzygotowania – na sali było sporo rodziny wykonawcy, z którą pianista pewnie długo się nie widział. Zależało mu też bardzo, jak sam mówił, na tym, aby jak najlepiej, jak najpiękniej zagrać Chopina w Polsce, więc nerwy i przejęcie były całkowicie zrozumiałe. W nokturnie już było lepiej. Pianista wykazał się dużym wyczuciem dramatyzmu i można było usłyszeć w jego interpretacji specyficzny “złamany” chopinowski ton. Publiczność to nagodziła, bardzo szybko wstając z miejsc i długo oklaskując artystę. 

Pierwszy bis, jak sam pianista powiedział, utwór zagubiony w programie, Nokturn Fis-dur, nieco zelżał. Mikołaj Warszyński dobrze oddał jego miękki, ciepły charakter. A na ostateczny finał wykonał mazurka, ulegając w pełni jego nieco tajemniczemu charakterowi. 

Pianista Lisztem całkowicie mnie oczarował – a Chopina raczej nie skrzywdził, choć osobiście preferuję trochę szybsze tempa i trochę lżejszą intepretację. Solista włożył jednak w grę całe serce, co doceniam. Jednak z pewnością wybiorę się na jego recital ponownie jeśli tylko będzie okazja.  A przy okazji wyrazy uznania dla Tworzystwa za zorganizowane po recitalu minispotkania artysty z publicznością. Pytania były różne, w tym o projekt “Lisztomania”, w jakim muzyk uczesstniczy, i o system edukacji muzycznej w Kanadzie, który, jak się okazało, jest bardzo różny od europejskiego.  Pianista dzielnie opdowiadał na wszytskie pytania – i to po polsku! Oby takich spotkań było jak najwięcej! 

warszynski_sluchaj_fortepianu3

Fot. Witold Bianga

Leave a Reply

Fill in your details below or click an icon to log in:

WordPress.com Logo

You are commenting using your WordPress.com account. Log Out /  Change )

Google photo

You are commenting using your Google account. Log Out /  Change )

Twitter picture

You are commenting using your Twitter account. Log Out /  Change )

Facebook photo

You are commenting using your Facebook account. Log Out /  Change )

Connecting to %s