Z pamiętnika podróżnika. Szukając Chopina w Koszalinie

Piątkowe upalne popołudnie. Przedzieram się przez masę ciężkiego, w końcu prawdziwie letniego powietrza trójmiejską SKM-ką. Potem przesiadka w samochód – wiatr we włosach, przeciąg w uszach (ale nie zaszkodził), koncertowa kreacja bezpieczna na wieszaku i rzepakowe pola wzdłuż majowej drogi, na której końcu znalazł się Koszalin.

Niespełna dwa tygodnie temu odwiedziłam tamtejszą filharmonię po raz pierwszy, skuszona przez Koncert f-moll Chopina, przez solistę Konrada Skolarskiego i przez dyrygenta, będącego też I dyrygentem gościnnym Filharmonii Bałtyckiej – Massimiliano Caldiego.

Cudnie się jechało przez upalną Polskę – i przyjemnie myślało o młodym, zakochanym Chopinie, który napisał przecież f-moll dla swojego ówczesnego ideału, śpiewaczki Konstancji. Piękna, trzyczęściowa kompozycja, pełna romantyzmu, liryzmu, ale i energii młodości w takich okolicznościach przyrody – i w wykonaniu takich muzyków – powinna brzmieć świetnie. W drugiej części nie mniej ciekawie – Moniuszkowska uwertura “Bajka” i to rozlewna, to zwrotna, błyszcząca “Wełtawa” – doskonały program na letni koncert, z którego wychodzi się w pełni zrelaksowanym.

Dotarłam na ostatnią chwilę – bo koszalińscy melomani bardzo tłumnie przybyli do nowoczesnego, zaburzającego błędnik nieoczekiwanym skosem gmachu filharmonii. Co prawda wydarzenie miało konkurencję w postaci koncertu braci Cugowskich w miejscowym parku, ale frekwencji w koncertowej sali pozazdrościłby niejeden dyrektor filharmonii ze znacznie większego miasta. Chłodne, wygodne wnętrze budynku, poziomowa sala, duża, pewnie funkcjonalna dla muzyków i dla czujnych obserwatorów scena oraz rzetelna zapowiedź programu zwiastowały bardzo przyjemny wieczór. Zaczynający się, naturalnie, od lekko ponad trzydziestu minut Chopina!

jaremczuk pawel-3372

Fot. Paweł Jaremczuk. jaremczuk.pl

Orkiestra zaczęła koncert w tempie umiarkowanym, jak na pierwszą część, wykładając temat klarownie i z bardzo wyraźnymi partiami dętymi. Z zapartym tchem czekałam na fortepian solo, znając nagrania Konrada Skolarskiego z Chopinem sprzed nawet 12-10 lat. Już tym materiałem bardzo mnie zaciekawił, więc po człowieku znacznie dojrzalszym oczekiwałam głębszego zrozumienia dzieła młodego Fryderyka. Tymczasem przez cały koncert solista bardzo mnie zaskakiwał. Grał w zupełnie innym stylu niż w materiałach, które znałam. Jego frazowanie, tempa, dynamika mocno odbiegały od wersji koncertu, z którymi jestem osłuchana. Potrafi grać elastycznym, wysokim dźwiękiem, choć trochę brak mu specyficznej, chopinowskiej przezroczystości. Melodie prowadził raczej miękko, przez co odrobinę zacierał się ich kapryśny charakter. Niektórych zmian tempa całkiem się nie spodziewałam… Technice nie mogę niczego zarzucić, ale cała interpretacyjna wizja do tej pory stanowi dla mnie tajemnicę. Może było w tym lirycznym, aż przytłaczającym emocjami koncercie trochę za mało miłości i słodyczy – a może solista świadomie potraktował materiał dość chłodno, wysuwając na pierwszy plan strukturę tego trudnego koncertu, obnażająca jej wyjątkową konstrukcję i piękno raczej logiczne, kompozycyjne niż zaklęte w nutach uczucia. Interpretacja Konrada Skolarskiego skojarzyła mi się trochę z późnymi koncertami Frycka w wersji Rubinsteina, nie za szybkimi, solennymi. To, co usłyszałam, z pewnością prezentowało zupełnie inne podejście do Chopina, niż choćby styl uczestników Konkursów Chopinowskich czy Van Cliburna. Wysłuchanie koncertu f-moll w wersji warszawskiego pianisty było jednak doświadczeniem bez wątpienia ciekawe. A półgodzinna przerwa między częściami koncertu okazała się bardzo przydatna na przyswojenie nieoczekiwanych wrażeń.

jaremczuk pawel-3518Fot. Paweł Jaremczuk, jaremczuk.pl

Orkiestra za to grała bez zarzutu. Nerwowe, chluszczące drżeniem, pulsujące smyczki, piękne partie dęte, równe współbrzmienia… Massimiliano Caldi ma wielką wyobraźnię muzyczną i melodyjną, wzmagał i rozładowywał napięcie kolejnych części i fraz biegle, młodo. Być może dzięki bogatemu doświadczeniu w zakresie dzieło operowych, prowadził koncert tak, żeby wydobyć maksimum romantyzmu i dramatyzmu, wyraziście wskazując na atmosferę i gęstość uczuć nawet w drobnych partiach. Zarówno dyrygent, jak i Orkiestra zdawali się być duchem znacznie młodsi od solisty, a jednocześnie muzyczne o wiele dojrzalsi.

Z kolei cały swój zawadiacki i plastyczny potencjał koszalińscy Filharmonicy ujawnili w drugiej części koncertu. Niezwykle płynnie opanowany materiał, bogata kolorystyka brzmienia, przekładająca się na sugestywność obu kompozycji, samych w sobie bardzo epickich i “widowiskowych” dla wyobraźni słuchaczy – to zdecydowanie mocne strony muzyków. Wykonawcy świetnie oddali lekki charakter “Bajki” i wszelkie zaklęte rewiry szemrzącej “Wełtawy”. Druga część w okamgnieniu poniosła publiczność, wywołując mimowolne lekkie poruszanie głowami i bezwiedne kołysanie stóp. Okazało się też, że zestawienie obu kompozycji w takim układzie to świetny pomysł – pięknie się dopełniają, stanowiąc jakby dwie części z tego samego zbioru muzycznych, fascynujących, pełnych przygód muzycznych opowieści.

jaremczuk pawel-3352

Nic dziwnego, że owacje, pomimo pogody, były gorące i doprowadziły koszalińską Orkiestrę i dyrygenta do bisu – najbardziej dynamicznego i spektakularnego, jaki dotąd słyszałam, nieoczekiwanie wykazującego ogromne poczucie humoru Massimiliano Caldiego. Gdybym zresztą miała wybrać najlepszego muzyka majowego koncertu, byłby nim właśnie dyrygent. Swobodnie nadzorujący muzykę, jakby od niechcenia czuwający nad tym, żeby zmierzała gdzie należy. Obserwując go na scenie, można bardzo łatwo się zorientować, że chyba z żadnym innym zawodzie nie czułby się dobrze – muzykę ma we krwi, zmienia się trochę kiedy brzmią pierwsze dźwięki, łagodnieje i nie wiem, czy nawet nie podśpiewuje pod nosem. Wydaje się, że dyryguje odruchowo, bo z zaciekawieniem słucha tego, co gra orkiestra. A co do bisu… co koszaliński zespół wykonał? Powiem tylko, cytując samego dyrygenta, że był to “bardzo znany utwór”… Ale jaki dokładnie – być może dowiecie się Państwo z komentarzy – lub kiedy zdecydujecie się na własną muzyczną wyprawę do Koszalina. Polecam – Orkiestra jest naprawdę bardzo dobra i zapewne w każdym repertuarze słucha się jej z dużą przyjemnością. A na zakończenie sezonu zaserwuje gratkę dla fanów fortepianu – w programie znajduje się bowiem Mozartowski koncert na trzy (!!!) fortepiany. Na jednym z nich zagra sam… maestro Caldi. Bilety jeszcze w sprzedaży!

Zdjęcia – Paweł Jaremczuk, jaremczuk.pl (dzięki!). Pełna galeria z koncertu tutaj.

Szczegóły koncertu finałowego sezonu 2016/2017 Filharmonii Koszalińskiej tutaj.

Leave a Reply

Fill in your details below or click an icon to log in:

WordPress.com Logo

You are commenting using your WordPress.com account. Log Out /  Change )

Google photo

You are commenting using your Google account. Log Out /  Change )

Twitter picture

You are commenting using your Twitter account. Log Out /  Change )

Facebook photo

You are commenting using your Facebook account. Log Out /  Change )

Connecting to %s