Jazz na luzie

Niby „w filmie polskim, proszę pana, to jest tak: nuda… Nic się nie dzieje, proszę pana. Nic. Taka, proszę pana… Dialogi niedobre… Bardzo niedobre dialogi są. W ogóle brak akcji jest. Nic się nie dzieje”*. Ale z muzyką filmową to już inna sprawa. Jest na przykład taka płyta „Seriale, seriale” z – szok!!! – tematami z polskich seriali. Toczy się na niej „Wojna domowa”, 07 zgłasza się razem z „Czterema pancernymi i psem”, i „Czterdziestolatkiem”, po „Polskich drogach” idą „Chłopi”… Wszystkie elegancko i fachowo pomyślane przez świetnych kompozytorów. Ale trio Herdzin-Bogdanowicz-Biskupski, ludzie jazzu, przecież nie zagrają po prostu kilku tematów, to by było za proste… wymyślili więc, że zrobią swoje aranżacje. Zrobili, nagrali je z pomocą muzyków orkiestry Sinfonia Varsovia, i wydali. Cała historia miała miejsce 1998 roku, kiedy żaden z muzyków nie wyglądał jeszcze na porządnego jazzmana 😉. A Elbląska Orkiestra Kameralna postanowiła zaprezentować materiał z tej płyty na swoim ostatnim koncercie w sezonie artystycznym 2016/2017, na koniec lata. Ściągnęła do siebie wspomnianych trzech instrumentalistów, dodała do programu kilka pozycji i dała koncert, którym na pewno przekonała nawet najbardziej nieufnych, że orkiestry nie trzeba się bać.

Koncert był długi. Krzysztof Herdzin, jak sam przyznaje, dużo gada, ale ciekawie, mądrze i jeszcze emisję głosu ma w małym palcu. Trudno też oprzeć się wrażeniu, że naprawdę lubi to, co robi, i że możliwość improwizowania przychodzi mu lekko, niezwykle naturalnie. Jakże to miła odmiana po klasycznych, skupionych, zwykle śmiertelnie poważnych pianistach, których słucham i oglądam zazwyczaj! Gra też w sposób, który sprawia, że na fortepian można spojrzeć przede wszystkim jak na dające ogromne, ba, nieskończone! możliwości narzędzie. Pięknie brzmiąca Yamaha stała się funkcjonalną maszyną, którą się uruchomi kilkoma ruchami dłoni.

Nie jestem znawcą jazzu, naprawdę, niektórych jego odmian nie jestem w stanie słuchać. Ale kwestia improwizacji bardzo mnie ciekawi. Jak oni to robią? Czy mają w głowie jakąś wizję chwilę wcześniej? Czy grają pod natchnieniem? Czy są jakieś szablony, które można sobie dowolnie mieszać? Jak to jest, że wszystko się klei, ma rytm, frazę można wyczuć i jeszcze wszystko brzmi ładnie, do słuchania? Liczyłam na uchwycenie tego procesu w trakcie koncertu… O, ja naiwna! Nie miałam czasu, trzeba było pilnować co wykonawcy wyczyniają na scenie.

A bardzo szybko pokazali, że muzykę też można w tak zwanym slow life. Nie znaczy to wcale, że grali wszystko wolno i usypiająco, że monotonnie, że nudno, skąd! Ale współbrzmienie tria i orkiestry – albo i samego tria czy samej orkiestry – było takie przyjemne! Tak bez pośpiechu toczyły się wszystkie utwory – choć większość trwała dobrych kilka minut. Takie zachęcające były te jazzujące, swingujące, bujające, skoczne aranżacje! Tak mądrze wymierzone improwizowane frazy i solówki! Nie ma znaczenia czy sprawiło to urocze, sierpniowe popołudnie z miłą pogodą, czy muzycy, którzy rozumieli się dobrze i grali na zupełnym luzie. Efekt utrzymał się dość długo po bisie – publiczność została rozruszana, usatysfakcjonowana, wychodziła z sali koncertowej zadowolona, pogodna i zrelaksowana. Nie widziałam żadnego kręcenia nosem, nie słyszałam marudzenia. I jeszcze można było dowiedzieć się czegoś ciekawego a to o kompozytorach serialowych tematów, a to o tym, który z nim można obecnie obejrzeć raz jeszcze w TVP, a to kto wykonywał wokalizy… No i jeszcze jak brzmi fragment jednego z tematów, okraszony frazą graną na strunach fortepianu bez pomocy klawiszy.

Za wszystkie te informacje był odpowiedzialny Krzysztof Herdzin – pełen życia, doskonale przygotowany, dowcipny, emanujący poczuciem spokoju, poczuciem własnej wartości i pewności siebie. Niejeden zawodowy konferansjer pozazdrościłby mu swobody wypowiedzi – zwykle dość obfitych. Co ciekawe, jego muzyka jest jak jego opowieści – śmiała, gęsta, bardzo sugestywna i narracyjna, prowadzona z polotem, zabawna. Dużo w niej dźwięków i emocji. Nagłe zwroty akcji muzycznej nie są jednak gwałtowne, stanowią miłe zaskoczenie, miłą odmianę. Myślę, że pianista pograłby jeszcze z godzinę albo z pięć gdyby mógł. A ta lekkość, z jaką obracał melodię na wszystkie strony albo okraszał tu i ówdzie kilkoma dodatkowymi nutami! Akcentował to, co w oryginale mogło umknąć uwadze, bawił się umiejętnie rytmem, wzburzając go od czasu do czasu, stosował ciekawą dynamikę.Fortepian nie stawiał mu żadnych oporów, prawie sam kładł się pod palcami.

Nie protestował też specyficzny, skompresowany kontrabas Mariusza Bogdanowicza, który w trakcie próby trochę wierzgał… Z perkusją Piotra Bogdanowicza nie było problemu – robiła to, co chciał, a starał się bardzo, pomimo kontuzji nogi. No i orkiestra dotrzymywała im dzielnie kroku… choć też w bardzo naturalny sposób, i ich porwał przyjemny, orzeźwiający wir znanych melodii w nagle bardzo swojskich, ale i eleganckich wersjach.

piotr_biskupski

Piotr Bogdanowicz

Improwizowane solówki nie trwały za długo i nie odpływały za mocno w hardkorowy jazz, gdzie trudno już wyczuć puls i nadążyć za ideą, za konstrukcją. Miały smak i sens, niezwykłą lekkość i były wyważone. Nie ma wątpliwości, że to sceniczne wygi o niczym nieograniczonej wyobraźni, ale mające świadomość, że grają dla publiczności i że nie mogą oddalać się za mocno od głównego nurtu.

mariusz_bogdanowicz_fort_piotr_gruchala_sluchajfortepianu

Mariusz Bogdanowicz, fot. Piotr Gruchała, www.mariuszbogdanowicz.pl

Muzycy pokazali jeszcze jedno – niezwykły potencjał każdego z tematów, który wykonali. Nie spodziewałam się, że przekładając te melodyjne przecież, chwytliwe tematy to na coś bardzo współczesnego, a to na trochę inny styl, a to podciągając rytm, uzyska się tak ciekawy efekt. Zawsze zachowywali kilka kanonicznych fraz, ale każdy z utworów osadzili w innym muzycznym kontekście, inaczej podbarwili, przenicowali, doszlifowali. Nie przesadzali też z kontrastem, postawili na harmonię i na współbrzmienie, na mądrą proporcję tematu do przeróbki, na mniej niż więcej powtórzeń. Poszli w głąb, pociągając za sobą publiczność, i pokazując, że do muzyki można mieć dystans, dzięki któremu o utworach, które znamy, myślimy w zupełnie inny sposób. A to nowe podejście wcale nas nie razi.

Także, proszę państwa, może i nie jestem umysł ścisły. Mnie się podobają melodie, które już raz słyszałam**. Ale jak się tak sprytnie doda jazzu to jest jeszcze fajniej. Płyty z koncertowym materiałem na szczęście jeszcze w sprzedaży. Polecam.

_________________

* Kto choć raz oglądał „Rejs” Marka Piwowskiego…

** Kto oglądał „Rejs” dokładnie…

Korekta tradycyjnie Terencjusz, dzięks!

Leave a Reply

Fill in your details below or click an icon to log in:

WordPress.com Logo

You are commenting using your WordPress.com account. Log Out /  Change )

Google photo

You are commenting using your Google account. Log Out /  Change )

Twitter picture

You are commenting using your Twitter account. Log Out /  Change )

Facebook photo

You are commenting using your Facebook account. Log Out /  Change )

Connecting to %s