Retrospekcje/Skok w bok. All That Blues

Gdybyście minęli na ulicy Noaha Wotherspoona, pewnie pomyślelibyście, że ma z 15 lat i że gitary nawet nie udźwignie. Jest niewysoki, delikatny, szczuplutki, o jasnej karnacji i włosach. Sprawia bardzo miłe wrażenie kiedy się uśmiecha i kiedy mówi – bo kiedy gra, nabiera charyzmy i od pierwszych głębokich, rezonujących dźwięków scena jest cała jego. Noah Wotherspoon jest gitarzystą bluesowym. Kiedy na scenie są z nim basista Lenny Fatigati oraz perkusista Brian Aylor, nazwa całości brzmi “Noah Wotherspoon Band”. I tego właśnie składu słuchałam kilka dni temu w trakcie pierwszej koncertowej wizyty w elbląskim kubie Mjazzga.

noahwotherspoonband_fot_sluchaj_fortepianu (2)

Wkraczając do Mjazzgi, fot. Słuchaj Fortepianu

Poszłam tam wreszcie po kilku tygodniach czajenia się, bo miejsce ponoć zacne, a ja nie znam lepszego lekarstwa na jesień niż blues. Nauczył mnie tego toruński pub Pamela (który pokochałam mocno, i za którym wciąż bardzo tęsknię!), gdzie poznałam bliżej tę świetną, czystą muzykę. Proste, wyraziste bluesowe teksty, piękne barwy głosów wokalistów, gitarowe i perkusyjne (przy odrobinie szczęścia także harmonijkowe) solówkowe majstersztyki gdzieś między refrenami, no i jasne, wpadające w ucho melodie – to wszystko rozprasza najgłębsze smutki. A Noah, Brian i Lenny, których na żywo słuchałam po raz pierwszy, wszystko to zapewnili. Grali zawzięcie, na maksa, a przy tym – co często widzę wyraźnie właśnie u muzyków bluesowych – bez spiny. Żadnych pokazówek, scenicznych zabiegów, żadnego nadmiernego wychodzenia (dosłownie i w przenośni) do publiczności, zbędnego gadania – liczyła się tylko muzyka, taniec i ogólna frajda. Myślę zresztą, że choć pub nie pękał w szwach, trio czuło się w Mjazzdze bardzo dobrze. Pewnie w równej mierze dzięki zaangażowanej, przygotowanej publiczności, jak i porządnej, czystej akustyce miejsca. Muzyka tria brzmiała naprawdę świetnie i równomiernie wypełniała przestrzeń pub. Jak dla mnie, Mjazzga była tego wieczoru nie tylko dobrze nagłośniona, ale jeszcze wyjątkowo wygodna – w przejściu między krzesłami/stolikami a konsoletą i barem zostało trochę wolnego miejsca, w którym można było stać, mając doskonały widok na scenę (zaznaczam, że pisze to człowiek niski). Parkietu było dość i na tańce – i moi sąsiedzi, i mieliśmy na tyle przestrzeni do żywych pląsów, że nikt nikomu nie wsadzał łokci w żebra. Nawet kiedy część publiczności, nie mogąc już usiedzieć, poszła w tany, mieliśmy swobodę i powietrze. Było tak przyjemnie!

noahwotherspoonband_fot_sluchaj_fortepianu (4)

Muzyka taka dobra, światła takie nie za mocne! Fot. Słuchaj Fortepianu

Muzyka Noah Wotherspoon Band ma w sobie to, co najlepsze w bluesie. Kołyszącą melodykę jak w “Troubled”, otulającą jak miła kołdra, jasny, do tego jasny, konsekwentny rytm dzięki niekiedy cudownie piaszczystej perkusji, a także proste, łatwo zapamiętywalne słowa o cierpieniu, miłości, samotności, więzieniu i Mississippi. A ponad wszystko piękne, oplatające ściany pubu jak winorośl brzmienie gitar, w trakcie solówek wprawiających niemal w trans. W dodatku Noah śpiewa naprawdę dobrze, bardzo prosto i z doskonałym wyczuciem klimatu piosenek. Panuje w pełni nad głosem o jasnej,  miłej, ciepłej barwie i sporej skali – naprawdę śpiewa, nie melorecytuje.

Muzycy zagrali większość materiału ze wspólnej płyty “Mystic Mud”. I super, bo na albumie, poza wyraźnym bluesem, sporo jest rock’n’rolla (“Natural Fact” czy “Rock’n’Roll Placebo”), co świetnie ożywia i urozmaica materiał. Aż się chciało potwistować! Trio oddało hołd bluesowi przenikającemu do szpiku kości – “Goin’ to Mississippi”, która to piosenka emanuje „kowbojskim” charakterem i chropowatością, właściwą temu typowi muzyki. Pokazali więc pełnię swoich możliwości – instrumentalnych (raczej krótkie, ale och, jak efektowne solówki!) – i piosenkowych. Mało tego! Mjazzgowa publiczność, wyraźnie zintegrowana i zaangażowania z koncert, uciszała tych, co za dużo i za głośno gadali na instrumentalnych częściach (miłość na wieki). Pub jest poza tym niezwykle przyjazny, przytulny i w mgnieniu oka poczułam się w nim jak w domu, co bardzo ułatwiało mi odbiór. Niewielka przestrzeń tego uroczego miejsca jest na dodatek bardzo funkcjonalnie urządzona i imponująco zadbana, zero piwnicznych, wilgotnych woni czy lekkich niedociągnięć mopem tu i ówdzie. Nawet barman, który dzielnie stał u boku Mjazzgoszefa, z entuzjazmem słuchał koncertu, i w miarę możliwości wykonywał ograniczoną choreografię. Załatwiła mnie też publiczność – pewnie wszyscy wszystkich znali chociaż z widzenia, ale wymieniwszy szybkie powitania, słuchali koncertu uważnie.

Kto nie słuchał, to niech płytą się pocieszy

Dostałam więc wszystko, czego oczekiwałam od takiego koncertu w takim miejscu. Jesień zwiało ze mnie na trzy dni i trzy noce, czyli na długo. Dzięki bogom, Absolutom i Szatanom – kolejna Mjazzga już w środę, a żeby było w ogóle super, to też blues – Will Jacobs (USA) & Marcos Coll. Chodźcie na koncert!

Więcej:  Mjazzga na Fejsie, strona Mjazzgi

_____________________

Korekta – wciąż Terencjusz/Sarenka, dzięki ❤

Leave a Reply

Fill in your details below or click an icon to log in:

WordPress.com Logo

You are commenting using your WordPress.com account. Log Out /  Change )

Google photo

You are commenting using your Google account. Log Out /  Change )

Twitter picture

You are commenting using your Twitter account. Log Out /  Change )

Facebook photo

You are commenting using your Facebook account. Log Out /  Change )

Connecting to %s