Dobra płyta/Dźwięk istnienia świata

Początki jesieni bywają ciężkie. Pierwszy październik w nowym miejscu nie musi być łatwy. Nagłe wietrzyska, hulające w geograficznej depresji, wyszarpują ze środka ustalony rytm życia i nie wiadomo nawet czego słuchać. Ciężar zsiniałego nieba jeszcze to pogłębia. Ratunek przychodzi wtedy… z Facebooka jako źródła muzyki, na którą w trakcie samodzielnych poszukiwań by się nie trafiło. Z odmętów wyłania się pewne rano. 7:19, pogoda słaba, jeszcze szarawo, nie ma co odsłaniać okien. Bezczelnie wcześnie jak na wolny dzień, ale spania już nie będzie. Żeby jeszcze nie wstawać, a zrobić coś pożytecznego – przeglądam Fejsa i nadrabiam to, co znajomi poprzysyłali do obejrzenia czy posłuchania. Tu sprawdzam, tam odpalę, scrolluję, scrolluję… aż trafiam na “Retold” zespołu Nest, płytę poleconą przez Jarosława Pawlickiego. Znajomy tenże przy pracy (grafik!) słucha i dzieli się dźwiękowymi inspiracjami systematycznie. Dużo u niego muzyki bardzo najnowszej, znaczy jest pouczająco. No to “Nest”. Okładka ładna, prosta, chłodna; rekomendacja dobra. Włączam otwierający płytę utwór “Lounge”. Słucham (koniecznie na słuchawkach!) ledwo chwilę – i szybko gaszę światło, zakopując się z powrotem w kołdry i koce żeby resztę płyty poznać w absolutnym spokoju, cieple, a najlepiej w ciemności.

Ech, właściwie powinnam napisać tylko, że płyta jest nieziemsko piękna, i że powinniście zawiesić na niecałe 53 minuty życie aby usiąść spokojnie czy się zaszyć w kącie jak Homek w łodzi* – i w niej pogrążyć. Materiał działa na wyobraźnię bardzo mocno i bardzo szybko. Tych, co ich spoilerujące wywody nie obchodzą, może zainteresuje opcja eksperymentalnego przesłuchania aż synestetycznego materiału dwóch skandynawskich muzyków, którzy…nigdy nie spotkali się na żywo. No i wiecie, fortepian się tu pojawia dość często.

Teraz uwaga, bo info dla tych z Was, co słuchać na ślepo (na głucho?) nie lubią. Otóż w “Nest” nie chodzi tylko o to, że w “Lounge” wprowadzają właśnie klawisze z pluskami, szemraniem i łagodnymi smyczkami w tle. W końcu to ambient, można się spodziewać. Myślę, że o natychmiastowo wypełniającym głowę od środka charakterze tej muzyki decyduje raczej spokojny puls, konsekwentne budowanie nastroju, wzmaganie dźwięków i modulowanie ich mocy na granicy wyczuwalności. Spokojne wygaszanie i trudne do złapania przenikanie efektu przez efekt to mocne punkty owej pięknej, pełnej napięcia kompozycji. A, jeszcze niemal ciągle słyszalny, świadomie lub nie, szmer wody!

Płyta jest bardzo delikatna, minimalistyczna; nasuwa mi na myśl część kompozycji Arvo Parta i trochę “24 Postcards in Full Color” Maxa Richtera. Dla mnie to doskonały materiał na jesień, właśnie taką teraz, przeistaczającą się dopiero z lata. I na zimę. Poza tym to wspaniała rzecz dla tych, którzy pragną pogrążyć się w las. Niewiele tu słońca, za to dużo dziczy, przestrzeń gór, drzew, liści, mchu. Słyszę tu przede wszystkim odbicie dźwięków natury, odgłosy odzwierzęce i odroślinne, ale także odbicie działań człowieka, takiego który rzucił wszystko i pojechał w Bieszczady mieszkać jak w “Pokocie”. Przede wszystkim jednak czuć tu wszystkie zimne wody świata.  Trzaski, pękania, szumy i szelesty – idąc za okładką – podsuwają wyobraźni właśnie wodę. Strumienie, kry, topnienie i ścinanie się w lód ciągle nam towarzyszą. Jest też woda w śnieżycach, drobnych, uporczywych, głuchych ulewach jak w “Kyoto” czy “Marefjellet”. I, jak na twór z wody przystało, ta czarująca, wślizgująca się niepostrzeżenie do krwi muzyka lśni i pięknie się mieni. Ma w sobie błękit, granat; wszystkie odcienie szarości, brązy, zgaszone żółcie, biel – to ciepłą, słoneczną, to siną. W trakcie słuchania niemal pachnie lasem, śniegiem, drewnem; powietrze jest krystalicznie czyste, wszystko, co objawi się nam w wyobraźni jest ostre, wyraźne i skończone. Jasność przekazu (jak na moją wyobraźnię, oczywiście) jest zaskakująco jasna. Materiał opowiada o nieubłaganym upływie czasu, o dzikiej cząstce w ucywilizowanych nas, o niepokoju; a ponad wszystko – o świecie, w którym wciąż człowiek musi podporządkować się nierzadko surowej, nieubłaganej, czystej, nie ukrywającej niczego Naturze. Słuchasz – i możesz poczuć się jak przy zaciąganiu zmrożonym, przeczystym powietrzem, którego hausty budzą chęć do życia.

Pod względem instrumentarium jest tu chyba pełna symfonika, a jak nie to skład kameralny na pewno; nie wychwytuję granicy między elektroniką a naturalnym instrumentem. Nawet niekoniecznie mi to potrzebne. Fortepian słuchać – więc wiadomo, fajnie – pełni zresztą często rolę instrumentu prowadzącego. Są tez obfite smyczki, są dęte i są efekty. W takiej “Charlotte” na przykład – która matowo, lecz perliście – brzmi ludzkim życiem; małymi hałasami, które wytwarzamy na co dzień. Z drugiej strony, w ”Cad Coddeu (Revised)” dźwięki dochodzą jakby z wnętrza Ziemi. Śledzenie utworu to jak wkroczenie w gubiącą sklepienie w niebie katedrę, jak bycie dopuszczonym do tajemnicy – odczucia podobne do oglądania “Źródła” Darrena Aronofsky’ego. Z utworu na utwór płyta toczy się raczej powoli, rytm jest naprawdę spokojny, ale nie, oj nie relaksujący. Pieczołowity, uważny, niekiedy zawahany, wstrzymany do ostatniej chwili sposób wydobycia dźwięku i zmiany jego natężenia jakby musiał przebijać się przez naprawdę gęstą fakturę – to kolejne atuty tej niezwykłej muzyki. A na to wszystko w trakcie podróży “Trans Siberian” – konstatacja, że “nasze” ludzkie odgłosy na tym eterycznym tle tak bardzo rażą!… Tak mocno ingerują, rozdzierając dźwięk, towarzyszący istnieniu świata.

Jak przy większości dobrych płyt, z utworu na utwór muzyka biegnie nieubłaganie, tworząc wyrazistą narrację w obrębie każdej kompozycji i jednocześnie w całości materiału. Kluczowa tu zasługa pauz i fantastycznego wyczucia co do trwania fraz, do liczby powtórzeń, pozwalania dźwiękom długo trwać. Choć od napisania tekstu do redakcji przesłuchałam płytę kilka razy, wciąż nie jestem w stanie przerwać w połowie utworu albo tylko nie dotrwać do końca materiału – i, kurczę, tracę wielofunkcyjność kiedy mam “Nest” w słuchawkach. To faktycznie historia do ponownego opowiadania, nawet gdy już trochę znana, nie pozwala się zepchnąć na drugi plan. A teraz przepraszam, drogi Pamiętniczku, bo właśnie odkryłam, że dostępna jest specjalna edycja i nie mam już czasu pisać, bo muszę słuchać. Polecam szczerze, z trzewi i z serca.

nest_retold_special_edition_by_www_serein_co_uk
Nest, “Retold” (special edition), by www.serein.co.uk

_______________

*Jeśli nie wiecie o co chodzi, zapraszam do biblioteki po “Dolinę Muminków w listopadzie” Tove Jansson.

Leave a Reply

Fill in your details below or click an icon to log in:

WordPress.com Logo

You are commenting using your WordPress.com account. Log Out /  Change )

Google photo

You are commenting using your Google account. Log Out /  Change )

Twitter picture

You are commenting using your Twitter account. Log Out /  Change )

Facebook photo

You are commenting using your Facebook account. Log Out /  Change )

Connecting to %s