Piekło i szatani

Niektórzy są umysłami ścisłymi i się im podobają te melodie, które już raz słyszeli po prostu, jak mawiała jedna z postaci “Rejsu” Marka Piwowskiego. Mnie generalnie też, ale lubię odświeżać pamięć,  przypominając sobie co lepsze poważne kawałki w porządnej interpretacji. A przy okazji i czegoś nowego posłuchać. Pierwszy tegoroczny Koncert Promenadowy Filharmonii Bałtyckiej dał mi taką możliwość. Program był zresztą bardzo wakacyjny- bez Beethovena czy Bacha, bez najpopularniejszych arii operowych i operetkowych, bez muzyki filmowej. Opera się co prawda pojawiła, ale z basem, nie sopranami, a do tego dwa chóry! Była zresztą wyjątkowo… bezbożna – grano “Mefistofelesa” Arriga Boity z librettem, opartym o “Fausta” Goethego. No dokładkę – ognista, efektowna “Carmen”, ale fragmenty instrumentalne. W drugiej części koncertu zabrzmiało z kolei karkołomne cacko (nie bez powodu jedna z kompozycji do wyboru w finale Konkursu Skrzypcowego im. Henryka Wieniawskiego), Symfonia hiszpańska d-moll op. 21 Edouarda Lali. Ogień!  

fot_pawel_jaremczuk1
Fot. Paweł Jaremczuk

Symfonia  w pierwszych taktach ukazuje temperament, imponuje rozmachem, zachwyca powiewem egzotyki, jest wyzywająca – to świetny wybór na promsa.* Już od początku wiadomo też, jakie zadanie stawia przed solistą – poza wysokimi wymaganiami technicznymi. Przez bogactwo emocji, zawartych w muzyce, łatwo dać się jej ponieść, zamiast konsekwentnie prowadzić intepretację. Druga część to jednak zupełnie inny świat. Pierwsze takty do złudzenia przypominają Czajkowskiego czy muzykę dworską. Skrzypce wpływają w ciepło brzmiącą orkiestrę elegancko, aby po chwili niewinnego świergotu nabrać znanej z pierwszej części ostrości. Fragmenty szybkie i wolne wymagają umiejętnego skontrastowania. Ozdobniki skrzą się wszystkimi barwami jak diamentowe okruchy.

Potem znów robi się poważnie i mocno, a po kolejnej chwili  muzyka staje się taneczna, pełna żaru, żywiołowa i… romantyczna. Cały ten żywioł Mariusz Patyra , solista pierwszwgo promsa, opanował wspaniale. Zawsze kiedy go słyszę, mam wrażenie, że w jego interpretacjach jest coś nieokiełznanego, pewna dzikość serca – lecz skrzypek doskonale panuje nad emocjami w muzyce. Biegłość w przekazywaniu uczuć przybiera u niego niekiedy formę zmian kolorystyki na przestrzeni ledwie ułamków sekund – i to w symfonii doskonale się sprawdziło.

fot_pawel_jaremczuk5
Fot. Paweł Jaremczuk

Część czwarta, idealna jako alternatywna ścieżka do “Przeminęło z wiatrem”, mocno rozwibrowana, obnaża w pełni narracyjny potencjał skrzypiec. Nie milkną prawie, konsekwentnie poruszając się wysokich rejestrach i cienką, wyrazistą linią kreślą swoją opowieść.

Ostatnia część symfonii to już disneyowska bajka – happy end i przygotowania do królewskiego ślubu. Leciutka, ale ze stanowczo stawianymi akcentami, pokazuje raz jeszcze, jak trudnego zadania interpretacyjnego i technicznego podjął się solista. Pięknie brzmią tu też flety. A kto będzie wystarczająco uważny, usłyszy taneczną strukturę, która może skojarzyć się z tangiem z “Zapachu kobiety”.

Finał to znów opalizowanie diamentów i złoto, muzyczny przepych i niespodziewanie zmieniający się rytm. Pasaże i przebiegi, urocze pizzicato i ostatnie trele… Och, jest tu czego słuchać. Orkiestra Filharmonii Bałtyckiej i Mariusz Patyra znają się na szczęście dobrze i dzięki płynnej, swobodnej współpracy oddali urok symfonii w pełni.

To część druga koncertu, lecz i pierwszej nie można przemilczeć, “Mefistofelesa” wykonuje się bardzo rzadko, a szkoda, bo to dzieło bardzo efektowne, zwłaszcza dla początkujących melomanów. Prolog, który wykonano na Ołowiance, jest dość pełen godności, raczej  niespieszny. Słuchamy dialogu, dyskusji, prowadzącej do zawarcia układu między Bogiem i jego niebiańskim chórem a Mefistofelesem. Och, jakież to było wzruszające i elektryzujące! Triumfalna, pełna godności “Boża” fraza, zapowiadana złotą fanfarą, zostaje sprytnie zrównoważona przez inteligentny, elegancki motyw Szatana – wyraźnie posiadającego poczucie humoru. Siłą “Mefistofelesa” są jednak głosy ludzkie i ich niebiańskie współbrzmienie z instrumentami, a także ze sobą nawzajem. Brawa dla Adama Palki, którego niezwykle mocny bas i poczucie humoru pozwoliły stworzyć wyrazistą postać na przestrzeni zaledwie kilku minut.

fot_pawel_jaremczuk3
Fot. Paweł Jaremczuk

Ze względu na dość jasną konstrukcję, można z czystym sumieniem potraktować Prolog “Mefistofelesa” jak operę w pigułce – dzięki której bez trudu wyjaśnimy laikowi, na czym właściwie polega urok tego gatunku.

I jeszcze “Carmen” mnie urzekła – melodyjna i kobieco piękna, zagrana z werwą. Jestem pewna, że jeśli słuchacze zamykali oczy, widzieli ogień lub chociaż krwistą czerwień. Bo że przytupywali do jej skocznego rytmu – widziałam.

A na finał gratulacje dla dyrygenta. Massimiliano Caldi świetnie opanował cały ten muzyczny i ludzki żywioł: duży skład orkiestry plus kilkudziesięciu śpiewaków. I – jak to on – cały był pogrążony w muzyce. Co bardzo ważne, bezbłędnie wyeksponował bogactwo emocji, zakodowanych we wszystkich kompozycjach, bez popadania w patos, choć miał ku temu wiele okazji. Oby tak dalej!

_________________________________________

*Idea koncertów promenadowych opierała się bowiem na wykonywaniu utworów coraz bardziej ambitnych i złożonych. Celem tego typu koncertów była i – mam nadzieję jest – popularyzacja muzyki poważnej.

Korekta: tradycyjnie Terencjusz, dziękuję!

Leave a Reply

Fill in your details below or click an icon to log in:

WordPress.com Logo

You are commenting using your WordPress.com account. Log Out /  Change )

Google photo

You are commenting using your Google account. Log Out /  Change )

Twitter picture

You are commenting using your Twitter account. Log Out /  Change )

Facebook photo

You are commenting using your Facebook account. Log Out /  Change )

Connecting to %s